Kujawsko-Pomorskie
Towarzystwo Genealogiczne

Na plebanii u Dziadka

Wspomnienie pierwsze, sierpień 1957


W sobotnie letnie popołudnie kilkuletnia Ewa wysiada z autobusu miejskiego nr 7. Zmęczona jest długą jazdą, ale nie marudzi. W wiklinowym wózku pchanym przez mamę śpi jej braciszek.

Na ten ostatni etap podróży dziewczynka cieszy się najbardziej: hop – siup i już siedzi na ramionach taty. Och, jak wysoko! Ileż więcej teraz widzi: zboże złocące się na polach, zieloną trawę pastwisk i daleko, daleko dachy domów. Cisza, aż w uszach dzwoni. Idą asfaltową szosą. Echo niesie nawoływania wieśniaków i porykiwania czerwonych krów. Ewa schyla głowę, by nie uderzyć głową w tablicę z napisem: Fasty.


- To już prawie blisko, tatusiu? – pyta.


Wkrótce widzi błyszczącą srebrem kopułę cerkwi. Jeszcze chwila… Ewa się niecierpliwi… Tata stawia ją na ziemi… I mała biegnie, biegnie… Zwalnia przed ‘domem Bozi’, żegna się pośpiesznie… i już…


 Furtka skrzypi przeciągle… Żwirowa cienista alejka wysadzona bzami prowadzi wprost na ganek plebanii. Mijają drewnianą ławeczkę, z której podnosi się uśmiechnięta ciocia Gala i odrzuciwszy na plecy długi, ciężki warkocz, wychodzi im naprzeciw. Wyciąga ręce… Tak to Ewa lubi: przechodzi z rąk do rąk tulona i całowana. I już jej nawet nie przeszkadza, że wkrótce wszyscy skupiają się wokół wózka. ‘A co tam!’ Biegnie dalej… Na ganek wychodzi Dziadek. Przysłania oczy ręką i ciepły uśmiech rozświetla mu twarz.


- Ijka! Pietrek!


Ewa zatrzymuje się, zamiera w pół ruchu. Dziadek już wita się z rodzicami. Ciocia pcha wózek z Andrzejkiem i bukietem chabrów odgania od niemowlęcia natrętne muchy. Dziadek rozgląda się, znów uśmiecha się lekko i przywołuje gestem wnusię. Ewa podchodzi wolno, niemal dostojnie, całuje wyciągniętą rękę i zawstydzona wtula głowę w fałdy sutanny. Czuje na głowie rękę: i głaszczącą jej jasne loki i błogosławiącą zarazem… W drzwiach staje Babcia Olga w fartuszku i chusteczce na głowie. Ewa wpada z impetem w rozpostarte ramiona. Przytula się mocno, mocno do tego białego fartucha pachnącego mlekiem, mąką i czymś jeszcze ciepłym, nieznanym…


Z ciemnej, chłodnej sionki wchodzą czym prędzej do przestronnej kuchni. Ewa wciąż mocno ściska babciną dłoń:


- Ewunia, boisz się? – pyta Babcia. – Oj ten Igor, drapichrust, tak dziecko nastraszył… No już, już…


I już po strachu. Ewa rozgląda się: dwa okna z bielutkimi płóciennymi ‘zazdrostkami’, drewniana podłoga skrzypiąca w znanym jej miejscu, ogromny stół, ława, kredens i piec, do którego nie wolno jej się zbliżać. Jeszcze rzut oka na półkę z książkami: ‘Czy dostanie dziś do obejrzenia kolejną kartę Księgi Bożej?’ Podchodzi z Babcią do stołu zasypanego mąką. Na ściereczce leżą poukładane babeczki.


Już prawie koniec… - mówi z żalem Ewa.


Babcia Olga robi prastwory na wieczernię. Na wysokości jej nosa babunia kreśli na ‘babeczkach’ znak krzyża: pionowa kreska, pozioma i ukośna, pionowa, pozioma i ukośna, pionowa, pozioma…


- A teraz na blachę i do pieca! - woła po chwili.


- Na blachę i do pieca! – powtarza przejęta Ewa.


Babcia sprząta, wyciera stół. Ze śmiechem dmucha Ewie mąką w nos. I już śmieją się obie. Ciocia z mamą szepcą w ‘kredensowym kącie’ i szykują kolację. Tego Ewa nie lubi: - ‘Karmić będą’. Obraca się na pięcie i wybiega do sadu. Karłowate jabłonki uginają się pod ciężarem małych, błyszczących, kwaskowatych jabłuszek. Krzewy agrestu i porzeczek już obrane z owoców. Tylko ‘smorodziny’ jeszcze trochę zostało. Przez bramę wiejski pastuch wprowadza czerwoną dziadkową krowę i stadko beczących owiec. A Ewa wita już pomarańczowe kwiatki: nasturcje i nagietki. Siada na moment na stopniu schodków prowadzących do wiejskiej szkoły, która zajmuje część plebanii. Przez niewielkie okienko zagląda do klasy: ‘jeden, dwa, trzy, pięć’ -  liczy ławki. Spogląda na warzywniak i już biegnie do kaczuszek, które nie są teraz ani puchate, ani żółciutkie. Biegnie dalej, zakręca korbą studziennego kołowrotu i …


- Ewunia, Ewa, kolacja…


To babcia niesie jej wielką pajdę chleba z miodem. Za nią dziadziuś… ten prawdziwy w kraciastej koszuli i gumiakach. Dziewczynka pochłania szybko chleb i już z dumą odgania witką muchy od dojonej przez dziadka ‘Mućki’. Dziadek przerywa pełne skupienia milczenie:


- Ewunia, a baranka małego już widziałaś? Nie? To po wieczerni pokażę, albo jutro.


Mleko pieni się w wiadrze. Ewa w nagrodę za te odgonione muchy dostaje pełen blaszany kubek cieplutkiego jeszcze mleczka.


A dziadziuś? Przestaje znów być dziadziusiem. Zakłada czarną, szorstką sutannę, której Ewa tak nie lubi. Na piersiach lśni złoty krzyż. Babcia też odświętnie ubrana, w białej, pachnącej świeżością i krochmalem chusteczce niesie kosz z prastworkami. Idą w stronę cerkwi. Ewa patrzy, patrzy, aż ich sylwetki giną w pyle piaszczystej drogi. A od drzwi znów rozlega się wołanie:


- Ewa, Ewunia…


Biegnie… Nakarmiona, umyta, przebrana do snu ląduje w przepastnym łóżku od razu gotowa zasnąć. Ciocia Gala przypomina o modlitwie. Dziewczynka klęka:


- ‘Otcze nasz, iżejesi na niebiesiech… da budziet wola Twaja… chleba … dażd nam dnieś… i ostawi nam dołgi naszi… Amin.’ I za zdrówko mamusi, tatusia, Andrzejka…


Potem słucha kołysanki o ptaszkach, co nie chciały spać i o „klawym” kocie. A powieki coraz cięższe, cięższe… a cerkiewne dzwony śpiewają, dzwonią, dzwonią i kołyszą Ewę do snu.