Wigilijna opowieść 2

Opisujemy miejsca, miejscowości, które są nam bliskie

Moderator: ewaduch

Marian Pniewski
Posty: 387
Rejestracja: środa 20 kwie 2011, 20:42

Wigilijna opowieść 2

Post autor: Marian Pniewski » czwartek 25 gru 2014, 01:38

Wigilijna opowieść 2


Dla tych wszystkich, którzy nade wszystko cenią dom rodzinny i matkę swoją.
Niech im gwiazda betlejemska najbardziej zaświeci i wskaże im drogę powrotną do ich Małej Ojczyzny, do domu rodzinnego i do ukochanej matki.

Bronek stał przy oknie wychodzącym na podwórze i przez oszronione szyby obserwował jak padający śnieg pokrywa wszystko wokół, dachy domów, podwórkowych szajerków, wóz konny do przewozu węgla wuja Brodzika, a na końcu całe podwórze pokrywając z minuty na minutę coraz grubszą warstwą białego puchu. Kiedyś będąc jeszcze dzieckiem na pewno cieszyłby się z tego, bo oznaczało to prawdziwą zimę , lepienie bałwana, czy jazdę na sankach na pobliskich wzgórzach. Dzisiaj było inaczej. Spoglądał na te opady śniegu z jakąś złością, a zarazem z nadzieją żeby tylko przestało padać.
Przerażała go wręcz ta coraz grubsza warstwa śniegu i nie z tego powodu że trzeba będzie ten śnieg zgarniać aby zrobić przejścia do jako takiej komunikacji czy to na ulicę czy do szajerka, ale był też inny tego powód. Jaki? O tym za chwilę.
- Co tak wpatrujesz się w te okno braciszku? - usłyszał nagle głos swojej starszej siostry za swoimi plecami – patrzysz i patrzysz już tak z pół godziny, zabierz się lepiej za jakąś robotę , bo to już południe , a do kolacji wigilijnej już mało czasu zostało.
- A,aa, patrze na ten padający śnieg i się wnerwiam, że akurat teraz musi padać i to jak, zasypie wnet całkiem całe miasto, że wcale z domu się nie ruszymy.
- Zima przecie braciszku, zima, to jak ma być? - odparła siostra nie orientująca się jeszcze co też ma na myśli Bronek.
- Wiem, że zima , ale akurat teraz kiedy mamy jechać do mamy, a jak tak dalej będzie sypać śniegiem to pociągi nie będą wcale jeździć i jak się dostaniemy do szpitala w Bydgoszczy?
- A to cię gryzie – pojęła w końcu siostra – to siła wyższa nie pojedziesz teraz z Krysią, to dopiero na następną niedzielę, może do tego czasu się wypogodzi i pociągi będą jeździć.
- Jak to, nie pojedziesz? - zapytał poirytowany Bronek – w takie święta i nie jechać do mamy? Przecież dzisiaj Wigilia, i nie podzielić się opłatkiem z mamą choćby jutro? Nie, nie, ja muszę jechać, wyobrażasz sobie co tam mama będzie czuła, gdy nikt się jutro nie pojawi? Ja jadę i koniec.
- Hahaha.....ale czym ty pojedziesz braciszku jak nic nie będzie jeździć?
- Dobra, pójdę rano na dworzec, a jeśli do ósmej, dziewiątej pociąg nie przyjedzie, to trudno wrócę do domu, a jak Krysia nie będzie chciała jechać to ja sam pojadę, byłem już tam dwa razy, to trafie do szpitala – odparł zdeterminowany Bronek.
- No to już wiemy co i jak, dali nie stercz teraz przy oknie, tylko pomóż Rysiowi przy choince, już, już, rusz się wreszcie – rzekła siostra popychając Bronka w stronę pokoju gdzie zawsze stała choinka.
- Co? ja mam ubierać choinkę? - pytał zaskoczony Bronek
- A kto ma teraz ubierać, co? - pytaniem na pytanie odrzekła siostra – przecież ojca już trzy lata nie ma, to teraz na ciebie kolej, ty jesteś teraz najważniejszy z chłopów, hahaha....
- Ale jest Rysiu, twój mąż i zobacz już osadza choinkę w stojaku
- Ale to jest twój szwagier nie ojciec, to ty pod nieobecność starszego brata Franka powinieneś tu gospodarzyć – odrzekła już nieco poirytowana siostra – dali, dali, rusz się bo cie ścierką pognam leniuchu jeden, już już, a potem trzeba jeszcze nanosić wody , węgla, bo potem już święto.
Bronek z lekkim ociąganiem ruszył się w końcu spod okna i poszedł do drugiego pokoju, gdzie Rysiu jego szwagier męczył się z choinką.
- No co, szwagier? Marysia mówiła, że mam ci pomóc, to co mam?
-zagaił rozmowę Bronek z nadzieją na odmowę pomocy, ale tu się pomylił.
- No, wreszcie jesteś – odparł Rysiu – weź ustaw tą komodę na skos, to choinka tak nie będzie przylegała do ściany, a będzie stać w samym rogu pokoju.
Bronek posłusznie wykonywał polecenia szwagra, otwierał pudła z bombkami, świecidełkami, z włosem anielskim i podawał szwagrowi , który stał na taborecie i wieszał te różne cuda na choince.
- Wiesz co Bronek , zamknij te drzwi od pokoju, bo z kuchni idą takie zapachy, że chyba zemdleje zaraz z głodu i spadnę z tego taboretu, hahahaa....- śmiał się szwagier stojąc na taborecie i próbując osadzić na samym czubku choinki szklany ozdobny szpic.
- Już, już zamykam, rzeczywiście ta Marysia to nas do wieczora chyba zagłodzi, hahaha.... - odparł Bronek śmiejąc się i zamykając drzwi prowadzące do sąsiedniego pokoju i kuchni.
Zapach jednak i tak unosił się w powietrzu drażniąc nozdrza , ach jaki zapach uumm... – smażonej ryby, pieczonego ciasta, wędzonki i jeszcze Bóg wie czego.
Taaaak..., tak było zawsze w domu przed świętami, teraz jednak trochę innymi. W kuchni nie ma już mamy, choinkę ubiera ktoś inny nie ojciec, nawet Bronek został już w to zaangażowany. Eh...dawne czasy, gdy ojciec ubierał choinkę to Bronkowi wcale nie wolno było przebywać w tym pokoju. I w domu było jakoś ludniej, były siostry, brat, zawsze jakieś swary, śmiechy głośne dziecięce rozmowy. a teraz? A teraz wszystko spowszedniało, to już nie te same święta, a w dodatku bez mamy, która leży w szpitalu aż w dalekiej Bydgoszczy, eh.... co to dalej będzie?
Teraz mieszka tu z nimi tylko starsza siostra z mężem i z malutką córeczka Beatką, która śpi sobie teraz w drugim pokoju nie zwracając wcale uwagi na to co się wokół niej dzisiaj dzieje. Brat wyjechał do dalekiego Braniewa i jeszcze na święta do domu nie dojechał, a miał być już dwa dni temu. Na pewno śnieżyce, które od kilku dni pojawiły się nad Polską uniemożliwiają dojazd do domu.
- A jak ja do tej Bydgoszczy dojadę? Muszę, choćby nie wiem co.
Te rozmyślania przerwał naraz głos Rysia, który nagle z okrzykiem, - o Jezu - fiknął koziołka z rozlatującego się taboretu. Na szczęście wysportowany Rysiu zgrabnie wylądował na pobliskiej leżance nie robiąc sobie krzywdy , tylko ten rozpaczliwy okrzyk narobił trochę zamieszania. W jednej chwili w drzwiach stanęła przerażona Marysia, Bronek stał też jakby zaczarowany, a z sąsiedniego pokoju rozległ się płacz obudzonej małej Beatki.
- Co wy tu wyprawiata, co tu się dzieje – pytała podniesionym głosem nieco przestraszona Marysia trzymając w ręku wałek do ciasta – czy nie można już was samych zostawić na chwilę?, Ech wy niedorajdy, kończcie to i jeden po wodę, drugi po węgiel, już, już.
- Czego krzyczysz Marysiu? - taboret się rozleciał, przyciężki jestem , chociaż morzysz nas głodem hahaha....śmiał się Rysiu robiąc przy tym niepewna minę i zbierając resztki połamanego taboretu. – zawiesimy tylko z Bronkiem lampki i choinka będzie gotowa.
- A co to, to nie będzie świeczek, tak jak zawsze – spytał zaskoczony Bronek
Wiesz jak było z świeczkami, teraz zapalimy elektryczne lampki będzie bezpieczniej – odparł szwagier Rysiek rozwijając cały sznur kolorowych lampek na końcu którego była wtyczka do kontaktu.
- Chłopie, stałem w Toruniu za nimi dwie godziny, taka kolejka była.
Weź tam powieś na tej górnej gałązce od ściany, o tak i jeszcze tutaj
przez te gałązki – dyrygował Rysiek podając elektryczny sznur
Bronkowi.
- No to teraz wypróbujemy jak świecą, zawołaj Marysię niech przyjdzie zobaczyć.
Po chwili zjawiła się Marysia z małą Beatką na rękach i Rysiu włączył światełka, które po chwili zaczęły migotać różnymi kolorami , aż mała Beatka raczyła to zauważyć i wyciągała rączki do tych świecidełek.
- No, no, bardzo piękna ta choineczka co córuniu? - Marysia trzymając maleństwo na rękach patrzyła z uznaniem na świecące drzewko.
Dalsza część dnia zeszła na różnych pracach gospodarczych, odgarnięciem śniegu na podwórzu aby można w miarę się poruszać, a także uzupełnieniem opału i wody, którą trzeba było nosić w wiaderkach z golubskiego rynku.
W całym domu pachniało już świętami, był już nakryty stół, siostra skończyła już wszelkie gotowania, przyrządzania i powoli przygotowywano się już do wigilijnej kolacji.
Smutno i pusto było w tym domu dawniej tak gwarnego , dzisiaj byli tylko w trójkę siostra, szwagier i Bronek, a właściwie w czwórkę licząc małą Beatkę.
Bronek najbardziej odczuwał nieobecność mamy, cóż to za święta bez niej, do nieobecności ojca zdążył się przyzwyczaić, zmarł trzy lata temu, ale braku matki sobie nie wyobrażał. Co jakiś czas wychodził z domu i patrzał czy śnieg jeszcze pada, na szczęście przestał i nawet niebo się rozjaśniło, zimny porywisty wiatr po przepędzał chmury ukazując ciemnogranatowe niebo jeszcze bez gwiazd, a z śniegiem leżącym na ulicach wyczyniał co chciał tworząc w jednym miejscu gołe miejsca bez śniegu, aby kilkanaście metrów dalej utworzyć wysokie zaspy.
- No chłopaki zapraszam do stołu, mało nas, ale nic na to nie poradzimy,Krysia miała przyjechać z Brodnicy i Franek z Braniewa,ale widać nic nie jeździ, więc kolację zjemy sami.
Stanęli w trojkę przy stole, Marysia zapaliła świecę stojącą pośrodku stołu, a Rysiek najstarszy z tej trójki odmówił krótką modlitwę wieczerzy wigilijnej, którą kiedyś odmawiał ich ojciec.

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen!
W tej uroczystej chwili wychwalajmy Boga, naszego Ojca, za świętą
noc, którą teraz wspominamy, a w której Jego Syn Jezus Chrystus
narodził się z Maryi Dziewicy. Przeżyjmy tamto wydarzenie opisane
w Ewangelii.
Zaszkliły się oczy Bronkowi, coś uciskało go w gardle, siostrze też zawilgotniały oczy, trzymając w ręku święty opłatek dzielono się nim, życzono sobie wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim powrotu matki z szpitala. Przy tych słowach popłynęły łzy,bo cóż to za wigilia, cóż to za święta bez matki.
Kolacje spożywano w milczeniu,tuż obok siedzącego Bronka stało puste krzesło ,a naprzeciwko niego dwa następne. Te trzy puste miejsca były jakby świadectwem zmian , które zachodziły w ich rodzinnym domu. Najbardziej odczuwał je Bronek, szybko więc uwinął się z kolacją i wyszedł na dwór. Tam popłynęły łzy, łzy tęsknoty i olbrzymiego strachu, że mama już nie wróci, że może odejść na zawsze. Mimo mrozu i zimnych podmuchów wiatru nie czuł tego,stał w samej koszuli i w sweterku nie czując wcale zimna.
- Nagle na ramieniu poczuł czyjąś dłoń, to Marysia wyszła za nim także zapłakana i zmartwiona nie tylko o matkę , ale i o młodszego brata.
- No czego Bronek, czego?chodź do domu, bo jeszcze ty się zachorujesz, zobaczysz będzie dobrze, mama wróci i będzie jak dawniej – Marysia wzięła Bronka pod ramie i pociągnęła w stronę domu – chodź, już,chodź, gwiazdor przyszedł a ciebie nie ma w domu, no jak tak może być – hahaha....- zaśmiała się tak trochę sztucznie
- No co ty do mnie gwiazdor? - odrzekł jej już uspokojony nieco Bronek – już z tego wyrosłem, co innego do małej Beatki.
- Patrz zostawił coś dla ciebie pod choinką, i Rysiek tez dostał chociaż starszy od ciebie hahaha...- śmiała się smutno Marysia, gdy stanęli już przy choince.
- O rany, czapka zimowa z nausznikami, ale fajna, ale wiesz ja nie mogę jej przyjąć, ja dla was nic nie mam.
- Przestań głuptasie, przecież jeszcze nie pracujesz, jak będziesz już zarabiał to wtedy pogadasz z gwiazdorem i coś nam sprezentujesz, zgoda? A czapkę bierz, bo jak jutro pojedziesz do mamy? uszy ci zamarzną i co wtedy?hahaha....
- Wiesz Bronek jak już upierasz się z tym wyjazdem, to najlepiej jak już byś poszedł trochę się przespać, bo musisz raniutko wstać, odpuść sobie dzisiejszą Pasterkę, zostaniesz w domu z Beatką , a my pójdziemy z Rysiem na Pasterkę , co?
- No dobra nie ma co , tylko czy się obudzę tak rano?
- Już ja cie obudzę, nie martw się.
Położył się na tej samej leżance na której tak niefortunnie wylądował jego szwagier, ale sen jakoś nie przychodził. Za jakiś czas usłyszał jak siostra z szwagrem wychodzą na Pasterkę.
Wstał i poszedł do pokoju, gdzie spała mała Beatka. Usiadł przy jej łóżeczku i wpatrywał się w to małe dziecię, które spokojnie sobie spało, od czasu do czasu poruszając w śmieszny sposób rączkami i robiąc miny jakby ssało mleko z butelki.
- Eh..... panie Boże, jak to jest, jedno maleńkie przychodzi na świat, a ktoś inny musi ten świat opuszczać, dlaczego? - rozmyślał filozoficznie Bronek – śliczna ta dziecina jak pan Jezusek, który za chwile ma się powtórnie narodzić. Eh..... i zasnął zmęczony opierając swą skołataną głowę o krawędź łóżeczka.
- Ej, obudź się czemu tutaj tak śpisz, połóż się na leżankę, jeszcze czas do pociągu – usłyszał nagle nad swoją głową głos siostry, która wróciła już z Pasterki.
- A tak siedziałem przy Beatce, bo się coś kręciła i zasnąłem, już, już idę na swoje wyrko – odparł zaspany Bronek
Obudziło go lekkie potrząsanie za ramię i cichy głos siostry
- Bronek, już czas, obudź się, bo nie zdążysz na pociąg.
Bronkowi wydawało się że przecież przed chwilą zasnął, a tu znowu pobudka, ale zerwał się natychmiast z łóżka i ubierając się pomaszerował do kuchni, aby co nieco się odświeżyć.
- I co padał śnieg w nocy – zapytał Marysię, która w tym czasie przygotowywała mu śniadanie i pakowała do podróżnej torby świąteczne przysmaki i świeżą bieliznę.
- Trochę padało, ale już nie tak jak za dnia, a i mróz trzyma chyba z dziesięć stopni i pamiętaj jak będzie duże opóźnienie to wracaj do domu – instruowała siostra brata.
- Z tą torbą uważaj, bo są tam słoiki z kompotem, a także ciasto, żeby tylko się nie pogniotło. No już jedz śniadanie i szoruj na dworzec – rozprawiała dalej Marysia – a i mamy nie zamęczaj swoim gadaniem, jak będzie się pytała co u nas to powiedz że wszystko w porządku, że czekamy na nią i nie gadaj byle czego aby się potem nie zamartwiała. Pojąłeś, czy mam powtórzyć? A tu masz pieniądze na bilety i jeszcze trochę na drobne wydatki.
- Wszystko pojąłem i zrozumiałem, nie martw się wszystko będzie dobrze, będę wieczorem – odparł Bronek kończąc sowite śniadanie.
Po paru minutach ubrany w zimową kurtkę , ciepłe rękawice i mocne zimowe buty wyruszył na samodzielną wyprawę.
Do dworca kolejowego miał ponad kilometr drogi i to pod górkę.
Dodatkowo marsz utrudniał śnieg, który zalegał ulice , a tym bardziej tak zwaną czarną drogę prowadzącą do dworca między dwoma wzgórzami, która pięła się aż na sam szczyt wzgórza i trzeba było włożyć sporo wysiłku, aby ją pokonać, a śnieg, który sięgał nieomal do kolan pokonanie tej drogi nie ułatwiał.
Do dworca dotarł nieco zziajany i zmarznięty, szczęśliwie że czapka którą dostał w prezencie osłaniała uszy przed mrozem, tylko policzki mocno się zaróżowiły od mrozu i podmuchów zimnego wiatru, który wzniecał tumany śniegu bijące prosto w twarz. Stanął na chwile przed wejściem,otrzepał spodnie i buty z śniegu i wszedł do holu, gdzie znajdowała się kasa biletowa.
A na dworcu było pusto i nie było się czemu dziwić,pociągi odwołane, albo mocno spóźnione, a kto miał przyjechać lub wyjechać zrobił to już wcześniej i tylko jakiś zbłąkany podróżny mógł tu się znaleźć, lub ktoś , kto nagle musiał wyjechać.
Dlatego też zaspany kasjer zrobił wielce zdziwioną minę ujrzawszy Bronka przy okienku.
- Ho,ho,a ty dokąd się wybierasz o tak wczesnej porze młody człowieku – zapytał zdziwiony kasjer- całe miasto jeszcze śpi a kawaler gdzieś wędruje.
- Do Bydgoszczy panie Paprocki, co nie poznaje mnie pan? - odparł zmarznięty nieco Bronek odsłaniając zasłoniętą twarz szalikiem i chuchając w ręce,aby je chociaż troszeczkę rozgrzać.
- A a... dopiero cię poznałem Broniś, taki okutany w czapkę i szal, to trudno rozeznać kto zacz – odparł Paprocki – co do mamy jedziesz, co? Jeszcze nie wróciła z szpitala?
- Tak, sąsiedzie jadę do mamy, a sąsiad na służbie, co?
- Na służbie, całą wigilie tu siedzę, kończę o siódmy.
- Aleś się w czas wybrał, nie wiadomo czy pociąg pojedzie dalej, stoi teraz w Wrockach dzwonili z stacji Wrocki i czekają aż pociąg z pługiem odśnieży tory.
- To, poczekamy, czułem że tak będzie, dobrze że w ogóle jedzie - odparł uradowany Bronek wiedząc,że spóźnienia dużego nie będzie.
- A wiesz Broniś, dyżurnego ruchu ma dzisiaj Warszewski, sąsiad z drugiej kamienicy, tak że razem spędzaliśmy Wigilie, kobity przyniosły nam jedzenie, podzielilim się opłatkiem, a nawet pośpiewalim se kolędy hahahaa..- śmiał się kasjer Paprocki – tylko że na Pasterce nie bylim.
- No cóż panie Paprocki służba nie drużba, ale dzięki wam kolejarzom jeżdżą pociągi i ja mogę jechać do mamy. Dziękuję za bilet i spokojnych świąt sąsiedzie – odparł Bronek chowając bilet i resztę drobnych do kieszeni .
- Dziękuje chłopcze, a pozdrów tam mamę od sąsiadów i powiedz jej nich wraca zdrowa do domu jak najszybciej – odrzekł kasjer machając ręką zza szyby okienka kasowego.
Bronek skierował się do poczekalni, gdzie piec kaflowy dawał przyjemne ciepło, usiadł przy oknie i przez oszronioną szybę obserwował perony dworca nad którymi unosiła się mgiełka śniegu unoszona przez podmuchy mroźnego wiatru.
- Eh.... aby tylko nie padało – rozmyślał Bronek - kiedy ten pociąg przyjedzie, dochodzi już szósta rano a tu ani widu, ani słychu.
Nagle poprzez podmuchy wiatru dało się słyszeć przeciągły sygnał parowozu, który w miarę zbliżania się do stacji trzy razy krótko zagwizdał cienkim tonem, a po chwili Bronek ujrzał wjeżdżającą potężną lokomotywę z przyczepionym z przodu specjalnym pługiem, który z impetem rozgarniał śnieg zalegający bezpośrednio na torach. Lokomotywa ciągnęła za sobą tylko jeden odkryty towarowy wagon na którym znajdował się piasek.
Zatrzymała się na pierwszym peronie dmuchając gorącą parą na boki i wyrzucając z komina kłęby czarnego dymu,sapiąc przy tym i pomrukując jak jakiś potężny zwierz. Maszynista wyglądający przez okienko o czymś rozmawiał z dyżurnym ruchu,a następnie parowóz zagwizdał przeciągle, koła poszły w ruch kręcąc się najpierw w miejscu i po chwili ta cała masa żelastwa ruszyła powoli w kierunku Kowalewa pozostawiając za sobą ślad oczyszczonych torów.
- Uf....odetchnął Bronek ,- można jechać, można jechać - powtarzał z radością i wyglądając czy nie zbliża się już pociąg , którym ma jechać.
Opuścił ciepłą poczekalnię i wyszedł na peron aby już z daleka dostrzec zbliżający się pociąg. Chodził po peronie i niecierpliwie spoglądał w stronę Brodnicy, ale spodziewanego pociągu jak nie było tak nie było. Już miał wracać do ciepłej poczekalni, bo mróz dawał znać o sobie kiedy z dala ujrzał smugę dymu snującą się nad torami, a po chwili z tumanu białego pyłu wyłoniła się najpierw lokomotywa, a za nią szereg oszronionych białą powłoką wagonów.
- No, wreszcie, już za chwilę ruszymy do Bydgoszczy - pomrukiwał zziębnięty Bronek.
Pociąg wtoczył się z piskiem hamulców i sapaniem lokomotywy na pierwszy peron i po chwili stanął nieruchomo. Rozległy się trzaski otwieranych i zamykanych na powrót drzwi wagonów, a tubalny głos konduktora oznajmiał, że pociąg zatrzymał się na stacji Golub- Dobrzyń.
Bronek wskoczył na stopnie drugiego wagonu aby być bliżej lokomotywy, bo gwarantowało to, że wewnątrz będzie cieplej niż w ostatnich wagonach, już miał wchodzić do przedziału gdy nagle usłyszał znajomy głos wołający - Bronek, Bronek, zaczekaj.
Obejrzał się do tyłu i na peronie ujrzał stojącego i machającego ręką swego brata Franka.
- Bronek, a ty gdzie się wybierasz?
- Franek, a jednak przyjechałeś bracie, a my na ciebie czekaliśmy już od dwóch dni, a ty dopiero dzisiaj.
- Eh, Bronek, mówię ci co za jazda. Jadę już od wczoraj rana, z Braniewa dojechałem tylko do Malborka, tam czekałem do popołudnia, a potem dotarłem tylko do Grudziądza. Wieczorem złapałem pociąg do Brodnicy, bo do Torunia tory zablokowane przez wykolejony pociąg towarowy. W Brodnicy chciałem iść do Krysi, ale szwagier Janek miał służbę na dworcu, przesiedziałem u niego na dyżurce i tym pociągiem dotarłem tutaj .
- Franek, ja już muszę wsiadać bo zaraz ruszamy, ja jadę do mamy, przyjadę wieczorem – Bronek przerwał monolog brata i wskoczył na stopnie wagonu.
- Pojechałbym z tobą Bronek, ale jestem tak zmęczony, ze tylko bym zaraz poszedł spać, powiedz mamie że jutro przyjadę, no uważaj na siebie – pokrzykiwał Franek, bo pociąg ruszył już powoli z sykiem pary i pióropuszem siwego dymu nabierając stopniowo prędkości. Po chwili na peronie pozostały już tylko resztki dymu, a ostatni wagon znikał już za zakrętem migając czerwonymi pozycyjnymi światełkami umocowanymi na tylnej ścianie wagonu.
Bronek usadowił się zaraz w pierwszym przedziale przy oknie, miejsca mógł wybierać sobie do woli, bo wagon był prawie pusty. Na końcu siedział tylko jakiś starszy jegomość odwrócony do Bronka plecami.
Pociąg jechał z niezbyt dużą prędkością, co chwila było słychać tylko sygnał parowozu i rytmiczny stukot kół wagonu.
Bronek, aby coś zobaczyć za oknem chuchał na zamarzniętą szybę robiąc tym sposobem spore okienko wolne od szronu i przez te okienko spoglądał na mijane okolice.
Wszystko otulone było białym puchem, pola, lasy, mijane pojedyncze gospodarstwa, wszystko tonęło wprost w śniegu. Chwilami pociąg jechał tak jakby w białym tunelu, odgarnięte zwały śniegu przez wyprzedzającą ich lokomotywę z pługiem tworzyły po bokach toru istną biała ścianę. Minęli Ostrowite, Chełmoniec , Kowalewo Miasto i zatrzymali się na dłuższy postój w Kowalewie Głównym. Podróż przebiegała w miarę spokojnie, tylko ten przydługi postój w Kowalewie denerwował nieco Bronka.
- A gdzie tu jeszcze do Bydgoszczy? - rozmyślał Bronek. W końcu po zmianie lokomotywy pociąg ruszył w dalszą drogę. W wagonie zrobiło się trochę zimno, ciepło z nowej lokomotywy już tak nie ogrzewało wagonu, a może coś zamarzło?
Minęli Chełmżę, potem Unisław, nikt się do ich wagonu nie dosiadał. Bronek aby rozruszać trochę zziębnięte członki spacerował po wagonie, aż zwrócił tym uwagę starszego pana siedzącego na końcu wagonu.
- Zmarzłeś kawalerze – odezwał się niespodzianie starszy pan odwracając głowę w stronę Bronka – a dokąd tak zmierzasz kawalerze, co?
Bronek spojrzał na twarz jegomościa, która była cokolwiek blada , pociągła z wąskim długim nosem pod którym widniały siwe już długie wąsy, zawinięte zawadiacko na końcach. Twarz wydawała mu się dziwnie znajoma, tak jakby ją gdzieś już widział, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie.
- Ja, Jaaa... jadę do Bydgoszczy proszę pana.
- No to chyba za jakąś pilną potrzebą,bo po co by taki kawaler tak wcześnie i w święta jechał – odparł pytająco jegomość.
- Jadę do mamy do szpitala proszę pana, teraz święta, to tak nijak zostawiać matkę samą w szpitalu, tym bardziej że wczoraj była Wigilia.
- To dobry syn z ciebie kawalerze, dobry z ciebie syn, na takiego to na pewno matka czeka, ciesz się chłopak, że masz taką kochającą matkę,ciężko chora, oj ciężko, ale wróci, wróci do domu – westchnął podróżny.
- A skąd pan wie, ze ciężko chora, zna pan moją mamę czy jak?
- Jakby nie była taka chora to by nie była dzisiaj w szpitalu, musisz być dzielny młodzieńcze.
- E.ee... tam gadasz pan jakoś dziwnie, o dojeżdżamy już do mostu w Fordonie, niedługo Bydgoszcz, do widzenia panu i wesołych świąt. - Bronek odwrócił się od dziwnego gościa i ruszył na drugi koniec wagonu tam gdzie siedział. Siadając na swoje miejsce spojrzał się jeszcze raz w stronę gdzie siedział starszy pan. Otworzył aż usta z zdumienia, tam już go nie było, przecież przed chwilą był, przejeżdżali akurat przez most, pociąg się nie zatrzymywał, a i przejścia do następnego wagonu nie było, nie mógł ot tak sobie opuścić wagonu.
Bronkowi zrobiło się nieswojo, poczuł jak włosy jeżą się mu na głowie. Duchy jakieś czy co?
W Fordonie wysiadł z wagonu i przesiadł się do innego, gdzie siedziało więcej ludzi , rozglądał się po peronie w nadziei ze zobaczy starszego pana, ale nic z tego.
Z ulgą wysiadł na dworcu Bydgoszcz Główna. Na zegarze była dokładnie dziesiąta dwadzieścia, wnet cztery godziny jazdy.
Szybko, teraz szybko do szpitala. Z dworca wybiegł na ulice Dworcową, potem Królowej Jadwigi i zapamiętanym skrótem przez ulice Długą znalazł się na Seminaryjnej. Zajęło mu to pół godziny, wszedł na dziedziniec szpitala i pewnym krokiem skierował się do czerwonego budynku stojącego nieco na uboczu. Na parterze w korytarzu oczyścił zaśnieżone buty i spodnie, a po złapaniu oddechu wszedł na pierwsze piętro i idąc korytarzem szukał sali numer siedem. Zapamiętał tak wszystko dokładnie, że sam sobie się dziwił.
Na korytarzu nie było nikogo, cisza świątecznego dnia, bez zgiełku dnia codziennego, wędrówek pielęgniarek, chorych i innych osób. Cisza i pusty korytarz, po którym z pewną bojaźnią szedł Bronek. Powolutku, bez hałasu otworzył drzwi sali numer siedem, stanął niepewnie w progu i wzrokiem szukał łóżka mamy.
- Dzień dobry – rzekł przyciszonym głosem do chorych znajdujących się na sali.
Kobiety spojrzały na niego z niedowierzaniem robiąc zdziwione miny, spojrzały się na łóżko na którym leżała Bronka matka.
Bronek podszedł do łóżka mamy, która była pogrążona w półśnie i dopiero, gdy Bronek dotknął jej dłoni obudziła się i przez dłuższą chwile patrzyła zdumiona na Bronka
- Bronek, to ty? A skąd ty się wzioneś, Bronek, jak ty się tu dostałeś synku? - matka zadawała pytanie po pytaniu a po jej wychudzonej chorobą twarzy spływały łzy
- Mamo, to ja, dzień dobry. Przyjechałem pociągiem, przywiozłem ci świąteczne ciasto i kompoty, mamo czemu płaczesz?
Matka chwyciła głowę syna i przytuliła do swojej schorowanej piersi?
- Ach ty urwisie, w taka pogodę się wybrać, a jak by ci się coś stało, ach ty mój kochany synku.
- No nie płacz mamo, nie płacz - uspokajał matkę Bronek delikatnie wyswobadzając się z uścisku matki.
- Najpierw opłatek – Bronek wyjął z bocznej kieszeni torby zawiniątko , wyjął z niego opłatek i podał go mamie.
- Mamo to od nas wszystkich, zobacz nie jest cały, każdy odłamał po kawałeczku, a reszta jest dla ciebie. - tłumaczył syn matce – wszystkiego najlepszego i abyś szybko wróciła zdrowa do domu.
Cztery kobiety leżące na tej sali odwracały głowy a w oczach ich było pełno łez.
- O,oo, widzę że pani Marta ma gościa – usłyszeli nagle głos pielęgniarki stojącej w drzwiach sali – żadnego odwiedzającego na oddziale, a tu jeden kawaler, proszę proszę, jak tu się dostałeś , hę?
- Normalnie po schodach, byłem tu już dwa razy to zapamiętałem – odparł roztropnie Bronek
- Ale ja się pytam jak tu przyjechałeś w taka pogodę, powiadają przecie, ze nic nie jeździ – zapytała ponownie pielęgniarka.
- No jechał pociąg z Brodnicy do Bydgoszczy, bo odśnieżali tory, trochę długo, ale jakoś przyjechałem.
- No to zuch z ciebie i tak sam przyjechałeś?
- Przecież nie jestem już dzieckiem, codziennie dojeżdżam do szkoły w Kowalewie, więc pociąg dla mnie to normalka, tylko że dzisiaj dłuższa była podróż.
- No to na pewno zgłodniałeś kawalerze, pogadaj jeszcze trochę z mamą a potem przyjdź do mnie na dyżurkę to zjesz trochę obiadu.
- Ja naprawdę, nie jestem głodny, dziękuję, mam jeszcze swoje kanapki.
- Przyjdź przyjdź, obiadu dzisiaj nie zabraknie, bo część chorych poszła na święta do domu więc starczy i dla ciebie – pielęgniarka uśmiechnęła się , poklepała Bronka przyjaźnie po plecach i poszła do swoich zajęć.
Bronek usiadł na taborecie przy łóżku mamy, rozmawiali o wszystkim, o szkole Bronka, o tym co się ostatnio wydarzyło w Golubiu, o sąsiadach z kamienicy i o małej Beatce córce Marysi, która rosła jak na drożdżach. Momentami milczeli, tylko dłoń matki leciutko drżała otulona dłońmi Bronka. Czasami pokazywały się łzy skrzętnie i ukradkiem wycierane chusteczką. Miłość wzajemna biła od obojga, miłość matczyna i miłość syna do matki. Cóż może być piękniejszego?
Po godzinie pielęgniarka wróciła na salę i wręcz siłą zaciągnęła Bronka na obiad.
Czas przy łóżku mamy biegł bardzo szybko, zanim Bronek się obejrzał a tu już godzina czternasta, czternasta trzydzieści.
- Wiesz mamo, na dworcu spotkałem Franka, dopiero dzisiaj rano dojechał do Golubia. Jutro przyjedzie do ciebie.
- A dziewczyny, Basia, Zosia?
- Na pewno też jutro będą, och ile będziesz miała jutro gości.
- Tak bym chciała już do domu synku.
- Na pewno po nowym roku puszczą mamę już do domu.
Zbliżała się godzina 16.00, czas żeby zdążyć na powrotny pociąg odjeżdżający o godzinie17.10. Trudno się rozstawać , ale cóż było to konieczne, nie mógł przecież zostać w szpitalu na noc.
- Mamo ja już będę musiał iść na pociąg, więc będę się już zbierał.
- Idź synku, idź i uważaj tylko na siebie. Niech cię Bóg prowadzi.
Bronek przytulił się do matki mocno, bardzo mocno, trwało to dłuższą chwilę, a potem ucałował matczyną dłoń , załzawione blade policzki i tłumiąc łzy wyszedł wolnym krokiem na korytarz.
- Do widzenia mamo, do zobaczenia, bądź zdrowa.
Ubrał się szybko w kurtkę i wprost wybiegł na dziedziniec szpitala. Szedł szybkim krokiem zaśnieżonymi ulicami Bydgoszczy w stronę dworca kolejowego. Zapadał wczesny mroźny wieczór, zapalone już były wszystkie uliczne latarnie, które wraz z witrynami sklepów i bielą śniegu rozświetlały ciemności wieczoru. Gdy doszedł do dworca to pociąg już czekał na peronie, widać że wszystko wracało do normy. Śnieg nie padał przez cały dzień, a więc była szansa że nie będzie zbyt dużego opóźnienia.
Usadowił się zaraz w pierwszym wagonie za lokomotywą, w którym było bardzo cieplutko, zdjął kurtkę, usadowił się wygodnie na drewnianej ławce wagonu i spoglądał przez oszronione okno na peron dworca. W wagonie przybywało pasażerów, nie to co w porannym pociągu, poczuł się raźniej , zamyślony nie zauważył nawet że pociąg ruszył, dopiero po chwili zorientował się że już oddalają się od dworca.
Spoglądał na zaśnieżoną Bydgoszcz, w ciemnościach wieczoru widział rząd ulicznych latarni oświetlających jakąś ulicę, w okolicznych domach zabłysły światła, a w niektórych oknach można było ujrzeć zapalone światełka choinkowych lampek. Kończyło się pierwsze święto Bożego Narodzenia. Miarowy stukot kół pociągu i lekkie kołysanie wagonu ukołysało zmęczonego wrażeniami dnia Bronka, nawet nie zauważył jak zasnął.
A pociąg jechał w ciemnościach nocy, to zwalniał, to przyspieszał, stawał na kolejnych stacjach i zbliżał się powoli do celu podróży Bronka.
A Bronek spał w najlepsze, śnił o powrocie matki do domu, o dawnych wigiliach będąc jeszcze dzieckiem i nagle poczuł mocne szarpnięcie za ramię.
Obudził się raptownie, w jednej chwili przypomniał sobie że wraca pociągiem do domu, spojrzał wokół szukając kogoś kto go tak nagle obudził, ale nie zauważył nikogo obok siebie. Pociąg zbliżał się do jakiejś stacji widocznej z daleka słabo oświetlonej. Bronek spoglądał z obawą przez szybę okna próbując zobaczyć nazwę stacji. Obawiał się ze mógł przespać swoją stację, a wtedy sytuacja byłaby do nie pozazdroszczenia. Na szczęście po chwili ujrzał nazwę stacji na której pociąg się zatrzymał – Ostrowite golubskie.
- Odetchnął z ulgą – na szczęście nie przegapiłem stacji,za parę chwil będę wysiadał ale, ale przecież czuł że ktoś go budził, ale kto? W myślach przypomniał sobie starszego pana z porannego pociągu, ale teraz tu go nie było. Dziwne te moje podróże.
- Ech... ale jestem zmęczony, ale jednak wszystko mi się udało – pomyślał Bronek – był to dla mnie szczęśliwy dzień,dzięki ci Boże.
Szedł odśnieżoną już czarną drogą w kierunku miasta, zmęczony , ale szczęśliwy, oby tylko mama wyzdrowiała, oby wszystko szczęśliwie się skończyło. Zaczął padać śnieg,znowu bardzo intensywnie jak na zamówienie.

Jeszcze w styczniu był u mamy w szpitalu dwa razy, raz z bratem, drugi raz z siostrą. Przy drugiej wizycie dowiedzieli się że niedługo mamę wypiszą z szpitala. Bronek cieszył się bardzo z tego powodu, tylko siostra, która była na dłuższej rozmowie u lekarza prowadzącego wyszła z gabinetu z podczerwionymi oczami, co chwila wycierała chusteczką oczy mówiąc że to z radości, że mama wraca do domu.
Na początku lutego pod dom zajechała karetka, mama wysiadła o własnych siłach, była szczęśliwa że wróciła wreszcie do domu.
Bronek nie posiadał się z szczęścia.
Na drugi dzień rano o godzinie 10.15. mama Marta odeszła na zawsze. Bronkowi zawalił się cały świat.........................


Dziadku, dziadku, a co tak stoisz wciąż przy tym oknie, wyglądasz pierwszej gwiazdki na niebie? - usłyszał nagle głos wnuczki za swoimi plecami
- Też sikoreczko, ale mnie trochę złości że nie ma nawet płatka śniegu, pada tylko deszcz.
- Kiedyś dawno temu też stałem w oknie i też się złościłem, ale z tego powodu, że śniegu było co niemiara, ech , już sam nie wiem czego chcę.
- Oj, dziadek, dziadek wszystko ci się pokręciło, chodź pójdziemy pod choinkę i powiemy malutkiemu Jezuskowi,aby zrobił coś by zaczął padać śnieg i wtedy pójdziemy na sanki, dobrze dziadku?
- Dobrze, dobrze , a przy okazji złóżmy świąteczne życzenia.
- Moi drodzy genealodzy minął kolejny rok pełen genealogicznych niespodzianek, poszukiwań rodzinnych korzeni wielkich odkryć , a także porażek. Do tej profesji potrzeba nam cierpliwości i samozaparcia i my to mamy. Na pewno po Nowym Roku znowu ruszymy na rodzinne łowy,
Życzę Wam więc owocnych poszukiwań, radosnych rodzinnych uniesień , a przede wszystkim zdrowia, niech Wam się darzy.
Zdrowych spokojnych świąt Bożego Narodzenia 2014r., I niech nowo narodzony Jezusek Wam błogosławi.

Marian Pniewski.
24.12.2014r.

Awatar użytkownika
Jurek Plieth
Posty: 126
Rejestracja: wtorek 23 lis 2010, 10:40
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Re: Wigilijna opowieść 2

Post autor: Jurek Plieth » piątek 26 gru 2014, 09:18

Dziękuję Marian, pięknie piszesz! Jedyny mój problem polega na tym, że ja nie jestem w stanie tego czytać, tak się wzruszam. Identycznie, kiedy w latach mojej wczesnej młodości czytałem "Serce" de Amicis'a - http://pl.wikipedia.org/wiki/Serce_(powie%C5%9B%C4%87)

Awatar użytkownika
AniaG
CzłonkowieKPTG
Posty: 515
Rejestracja: sobota 28 cze 2008, 09:37
Lokalizacja: Toruń

Re: Wigilijna opowieść 2

Post autor: AniaG » piątek 26 gru 2014, 22:34

Czytając, Twoje opowiadania, trzeba się na chwilę zatrzymać. Trzeba cierpliwie przeżyć razem z bohaterem zdarzenie, kłopot, tęsknotę, radość. Dzisiaj żyjemy za szybko i nie każdy potrafiłby opisać przeżycia i myśli. Jest to cenna umiejętność, pisz i ocalaj od zapomnienia gwarę małego miasteczka, zwyczaje świąteczne i rodzinne. Zapisuj miłość rodzinną i szacunek do rodziców i rodzeństwa.
Serdecznie pozdrawiam.
Anna Gabor

Poszukuję nazwisk: Brochocki i Gacki -Mazowsze,
Jurkiewicz, Leksandrowicz - Chełmża i okolice,
Cholewiński, Lewandowska Araś - Rypin i okolice.

ewaduch
Posty: 2033
Rejestracja: czwartek 19 mar 2009, 12:18
Lokalizacja: Toruń / Białystok

Re: Wigilijna opowieść 2

Post autor: ewaduch » sobota 27 gru 2014, 11:51

Słuchając wypowiedzi, wspomnień i relacji o atmosferze Świąt Bożego Narodzenia, zauważyłam, że modne stało się określenie "magiczny". Magiczny czas, magiczne Święta, magiczne zdarzenie... W Twoim opowiadaniu znalazłam tę magię młodzieńczej wyobraźni, młodzieńczego przeżycia...
Pozdrawiam cieplutko,
Ewa Szczodruch

ODPOWIEDZ