Wigilijna opowieść 3

Opisujemy miejsca, miejscowości, które są nam bliskie

Moderator: ewaduch

Marian Pniewski
Posty: 387
Rejestracja: środa 20 kwie 2011, 20:42

Wigilijna opowieść 3

Post autor: Marian Pniewski » piątek 01 sty 2016, 17:46

Moi drodzy.
Co prawda minęło już kilkanaście dni od ostatniej Wigilii Anno Domini 2015r. , ale przecież jeszcze żyjemy świętami, Nowym Rokiem. Dlatego tez myślę, że nie będzie problemu jeśli obecnie wstawię spóźniony artykuł " Opowieści wigilijne"
Niestety ale z przyczyn osobistych nastąpiło małe opóźnienie.
Opowiadanie to wyszło mi cokolwiek przy długie, ale myślę, że Was nim nie zanudzę. Jest oparte w części na prawdziwych faktach, reszta zaś to już może moja trochę wybujała fantazja, ale po to aby uatrakcyjnić tą opowieść.
Dedykuje te opowiadanie tym wszystkim którzy w tamtych trudnych specyficznych czasach powracali do swych gniazd, do swych rodzin, mimo wszystko nie bacząc na stan wojenny, czy na trudne warunki pogodowe.
Może i w Was obudzą się wspomnienia tamtych dni. Piszcie, wspominajcie, bo wszystko tak szybko przemija, odchodzi w zapomnienie. Ocalmy więc te wspomnienia.
W Nowym roku 2016 życzę Wam moi drodzy przede wszystkim zdrowia , spokojnych pracowitych dni, wiele, wiele radości i szczęścia. Niech się Wam wiedzie. Marian Pniewski.


Opowieść wigilijna 3


Bronek, Bronek, kończcie na dzisiaj, już fajrant. - pokrzykiwał mężczyzna stojący pod wielkim rusztowaniem okalającym budowę wielkiego komina budującej się kotłowni.
Mimo mrozu i sporej ilości śniegu robotnicy, a też między innymi Bronek musieli wejść na wysokość trzydziestu metrów i umocować jeszcze bardziej wsporniki komina, które pod naporem wiejących wiatrów nie spełniały wymogu bezpieczeństwa.
- Majster, pozostały nam jeszcze tylko cztery śruby do umocowania i schodzimy – wołał donośnym głosem z góry Bronek, który jeszcze z dwoma kolegami poprawiał mocowania metalowego komina.
Zgrabiałe ręce mimo że w rękawicach, z trudem chwytały pokaźnych rozmiarów śruby i wstawiały je w specjalne otwory konstrukcji komina. Tu wszystko było duże, poczynając od śrub i nakrętek do specjalnego klucza dynamometrycznego włącznie. Wszyscy trzej byli też zapięci w specjalne pasy bezpieczeństwa, które były obowiązkowe przy tego typu pracach na wysokościach, a tym bardziej, że metal w czasie mrozów był bardzo śliski i o wypadek było nie trudno.
W końcu zamocowali ostatnia śrubę i asekurując się wzajemnie schodzili po śliskiej metalowej drabinie przepinając co parę stopni linkę pasu bezpieczeństwa. Zajęło to im z dziesięć minut zanim stopami dotknęli twardej zmarzniętej ziemi przykrytej spora warstwą śniegu.
No teraz to i wichura niestraszna – zagadnął Bronek majstra, który stał nieopodal – teraz wytrzyma do wiosny, a wiosną wzniesiemy komin jeszcze wyżej, ni majster.?
He,he, do wiosny jeszcze kawał czasu, diabli wiedzu co będzie, tera ten stan wojenny ogłosili, a co ogłoszu na wiosnę? – myślał głośno majster – może nic już nie bedziem budowali.
No, dobra, do baraku , przebierać się i do domu – zaganiał monterów majster – dali, dali, samochód czeka, jak tak będziemy się guzdrać to godzina milicyjna nas tu zastanie.
Po paru minutach wchodzili już do samochodu przystosowanego do przewozu osób, tak zwanego osinobusu.
Majster zapraszamy do nas -- nawoływali majstra robotnicy widząc go jak wsiada do kabiny kierowcy – jutro Wigilia to wypadałoby z nami razem jechać, zapraszamy.
No jak zapraszacie to idę do was – odparł majster i po chwili siedział już razem z podwładnymi.
No Franek dawaj tam co masz- zwrócił się Wiktor do kolegi, i po chwili w jego ręku zjawiła się butelka czystej wyborowej.
No mistrzu tak pod te święta po malutkim, co? - zwrócił się Wiktor do majstra.
No już po robocie to można, tylko tyciu,tyciu, bo leki biore hahahaaaa.. - śmiał się majster.
Każdy z siedzących dwunastu chłopa wypił po dwa małe kieliszeczki, tak jak to mówią - pod te święta, więcej alkoholu nie było, a i tak każdy spieszył się do domu, bo to trzeba żonie pomóc, choinkę przystroić, albo był zaplanowany wyjazd do rodziny, więc z popijaniem nie przesadzano.
Samochód jechał bardzo wolno, bo śnieg zalegał na szosie tworząc na łukach drogi zaspy, przez które można było łatwo zjechać w szczere pole, a i szosa była w nie najlepszym stanie, śliska i mokra. Trasę z Unisławia do Torunia pokonano więc nie jak w letnie dni pół godziny, a w niecałe półtorej godziny.
Bronek wysiadł na Wrzosach wraz z dwoma kolegami. Po chwili i oni się rozstali i każdy podążył w swoja stronę.
Już od roku mieszkał wraz z żoną w wynajętym pokoju z możliwością korzystania z kuchni, warunki były znośne z tym że zimą trzeba było intensywnie ogrzewać pokój, gdyż ciepło uciekało niezbyt szczelnymi oknami, więc żona z dziewięcio miesięcznym synkiem wyjechała już dwa tygodnie temu do matki na wieś.
Właśnie na drugi dzień rano wybierał się do nich, tylko martwiła Bronka pogoda. Śniegu było już co niemiara, a tu jeszcze znowu zaczęło padać, duże płaty śniegu opadały cichutko na ziemie tworząc jeszcze grubszą warstwę i Bronek z wielką obawą myślał o jutrzejszym wyjeździe. Tu w mieście samochody jeszcze jako tako poruszały się po ulicach, tym bardziej iż specjalne pługi śnieżne odgarniały leżący śnieg na boki.
A w dodatku jeszcze ten stan wojenny. Ogłoszenia mówiły o ograniczeniu wyjazdów poza miejsce zamieszkania. Aby wyjechać za miasto trzeba było mieć specjalne przepustki, gdyż patrole wojskowe i milicyjne stały na obrzeżach miasta , a także poruszały się po ulicach, drogach i sprawdzały każdego napotkanego na drodze.
Ja to mam naprawdę życiowego pecha – myślał Bronek spoglądając w okno za którym padał intensywnie śnieg. Gdy był jeszcze kawalerem to był sam jak palec, wigilie spędzał przeważnie w samotności, gdy zaś zaczęło sprzyjać mu szczęście i założył rodzinę to znowu wymyślili jakąś wojnę.
Szlak by trafił – przeklinał w duchu – już , już myślał ze w końcu będzie miał rodzinę, dom, a tu wojna, może jeszcze powołają do rezerwy? Co wtedy?
Długo w noc nie mógł zasnąć , przewracał się z boku na bok, myśli kłębiły mu się w głowie, aż w końcu zmęczony zasnął.
Już o ósmej rano zameldował się na dworcu PKS, chociaż autobus odchodził o ósmej trzydzieści. Niestety , ale w kasie biletów nie sprzedawano, a to ze względu na pogodę. Śnieg pozasypywał drogi i nie zdążono jeszcze odśnieżyć trasy.
Bronek usiadł zrezygnowany na jednej z ławek w poczekalni tuż koło pieca kaflowego, który promieniował przyjemnym ciepłem , które w pewnym momencie uśpiło Bronka.
Halo, pobudka, halo – usłyszał nagle Bronek męski głos nad swoją głową.
W pierwszej chwili nie wiedział gdzie się znajduje, ale gdy otworzył lepiej oczy ujrzał przed sobą trzy niebieskie mundury, a gdy podniósł głowę do góry ujrzał trzy pary oczu wpatrzone w niego i żądające wyjaśnień.
Zerwał się z miejsca nie mogąc w pierwszej chwili wydobyć głosu, tylko myśli w głowie przebiegały z szybkością błyskawicy – ojej, żeby mnie tylko nie zatrzymali, ja muszę do żony , do synka.
No co,kolego ? - odezwał się jeden z nich wyglądający na dowódcę patrolu – śpimy sobie na dworcu? A skąd to jedziemy co ? Dokumenty i przepustkę masz?
Ooooczyyywiscie, już, już – Bronek wyjął drżącą ręką z wewnętrznej kieszeni kurtki dokumenty i przepustkę którą dzięki Bogu załatwił w urzędzie kilka dni temu – proszę o to dokumenty.
Milicjant otworzył dowód osobisty, uważnie czytał półgłosem wszystko to co powinno być w dowodzie, następnie wziął do ręki przepustkę .
A,aa to wy stąd ruszacie obywatelu, a gdzie to, ? - oglądał przepustkę dukając nazwę miejscowości – Ra -dziki Duu – że powiat Rypin.
A w jakim celu tam się udajecie? Przecież tam nie mieszkacie, tylko w Golubiu, a tu w Toruniu tylko macie na tymczasowo? Coś tu kręcicie kolego.
Ja jadę do teściowej a właściwie do żony i syna, bo tam teraz przebywają, to będzie nasza pierwsza Wigilia obywatelu sierżancie.
A w tej torbie co macie? Może gazetki, co? Będziecie wieśniaków agitować?
Gdzie tam obywatelu sierżancie, wiozę pomarańcze, cytryny, ciuchy na przebranie i zabawki dla syna, przecież dzisiaj przychodzi gwiazdor.
Po dłuższej chwili, która była dla niego wiecznością Bronek usłyszał - No dobrze, to jedź sobie do tej teściowej hahahaaaa.. - zaśmiał się rubasznie sierżant, a ci dwaj stojący obok mu zawtórowali - tylko nie śpij na dworcu bo cie okradną. Wesołych świąt.
Milicjant oddał Bronkowi dokumenty i rozglądając się wokół czy trzeba by kogoś tu jeszcze sprawdzić ,w końcu machnął ręką i wyszli z poczekalni.
Bronek poczuł jak mu drżą nogi, aż usiadł z wrażenia, już myślał że koniec z podróżą, po chwili wstał i wyszedł na zewnątrz zapalić papierosa.
Cholera co z tymi autobusami? Dochodzi już jedenasta, a tu wciąż komunikaty, odwołany, odwołany, nie wrócił z trasy. Oj chyba nie wyjadę z tego Torunia, a co tam dopiero może być pod Radzikami? - myślał przestraszony – nie, nie muszę tam dojechać nie ma co.
Podszedł do kasy spytać się czy pojedzie w końcu jakiś autobus w kierunku
Golubia. Kasjerka kiwnęła tylko przecząco głową.
Zaraz, zaraz, a pociąg? - nagła myśl olśniła Bronka, - może pociągi kursują, jest jedenasta, a pociąg z Wschodniego dworca jest o jedenastej trzydzieści pięć do Kowalewa, a stamtąd do Brodnicy przez Golub o dwunastej pięćdziesiąt. A więc jest szansa, że dojedzie się chociaż do Golubia, a potem się zobaczy. Szybkim krokiem wyszedł z dworca i pobiegł na pobliski przystanek tramwajowy.
Już po dwudziestu minutach był na dworcu wschodnim. Kasa otwarta – proszę do Golubia – Dobrzynia – wnet krzyknął do okienka
Mogę sprzedać tylko do Kowalewa, bo nie wiem czy do Golubia pociągi kursują – odrzekła flegmatycznie kasjerka
Niech będzie – zawyrokował Bronek płacąc za bilet.
Wyszedł na peron. Po kilku minutach usłyszał komunikat
Pociąg osobowy z Torunia Głównego do Iławy Głównej przez Kowalewo, Wąbrzeźno wjedzie na tor drugi przy peronie pierwszym.
Jedzie, jedzie, nawet nie ma opóźnienia – ucieszył się Bronek – no, szczęście zaczyna mi sprzyjać, oby tak dalej.
Nadzieja wróciła, z radością patrzał na wjeżdżający pociąg syczący i buchający bielutką parą spod kół parowozu, po chwili pociąg stanął i było słychać tylko hałas otwieranych drzwi wagonów i głos konduktora – proszę wsiadać, zamykać drzwi, ooodjazd.
Bronek usadowił się zaraz w pierwszym wagonie, raz że było tam zawsze najcieplej, a drugi raz iż było najbliżej do przesiadki na peronie w Kowalewie. Już kilkakrotnie jeździł tą trasą więc wiedział co i jak na kolei.
Pociąg jechał bardzo wolno, leżący śnieg na torach utrudniał jazdę, ale nie na tyle, aby pociąg miał stanąć.
W Kowalewie czekał dwie długie godziny. Pociąg jadący z Bydgoszczy do Brodnicy przez Kowalewo, Golub- Dobrzyń miał półtora godziny opóźnienia.
Bronek myślał że już utknął tu na dobre i z niewypowiedzianą ulgą usłyszał w końcu komunikat o przybyciu pociągu.
Pociąg wjechał na peron w nietypowym składzie pięciu wagonów i dwóch parowozów. Już po tym składzie było widać jaką trudną drogę przebył zanim dojechał do Kowalewa. Lokomotywy oblepione śniegiem zwłaszcza duże koła zamachowe , to samo z wagonami, oszronione szyby utrudniały obserwacje mijanych okolic. Bronek z wielka obawą wsiadał do pociągu , mając na myśli dalszą podroż w stronę Golubia. A co będzie jak staną w Chełmońcu lub Ostrowitem, jak nie będzie możliwości dalszej jazdy? To oznaczało, że dalsza podróż będzie niemożliwa, że do Radzik dzisiaj nie dotrze. Kupił bilet u konduktora i usiadł przy oknie wagonu.
Pociąg ruszył bardzo powoli i praktycznie do następnej stacji poruszał się w tym samym tempie. Bronek oczyściwszy sobie skrawek szyby okna ze szronu obserwował mijane okolice. Przez odmrożony skrawek szyby widział ośnieżone pola, kępy drzew z czapami śniegu na nagich gałęziach, a także mijane gospodarstwa otulone białym puchem. W niektórych domach świeciło się już żółtawe światło , a w jednym z domów położonym bardzo blisko torów ujrzał nawet w oknie świecącą choinkę.
Pociąg mimo że poruszał się w żółwim tempie w końcu dojechał do stacji Golub.
Bronek wyskoczył z wagonu i szybkim krokiem skierował się do holu dworca a z niego wprost na drogę wiodącą do miasta.
Czarna droga jak nazywali miejscowi ubitą szutrową drogę prowadząca do miasta dzisiaj mogłaby nazywać się białą drogą ze względu na śnieg który sięgał Bronkowi do polowy łydek. Droga ta wiła się między dwoma wzgórzami schodząc w dół do miasta. Bronek pamiętał te wzgórza, wiele czasu spędził na nich czy to letnią porą, czy zimową , ale teraz miał tylko jeden cel, aby jak najszybciej znaleźć się w mieście i złapać jakiś autobus jadący w kierunku Rypina.
Będąc już w poczekalni golubskiego PKSu z bijącym sercem patrzał na rozkład jazdy autobusów. Autobus z Golubia do Rypina przez Wąpielsk odjeżdżał o godzinie siedemnastej dziesięć, a więc za pół godziny. Odetchnął z ulgą , usiadł zmęczony na ławeczkę w poczekalni i czekał na godzinę odjazdu.
I rzeczywiście o wyznaczonej godzinie autobus został podstawiony, nie posiadał się z radości, już za godzinę, półtorej, zobaczy się wreszcie z żoną z synkiem.
Usiadł tuż przy kierowcy, aby mieć dobra widoczność na drogę. Autobus ruszył, jechało nim wraz z Bronkiem ośmiu pasażerów. Mijali ulice miasteczka ,które w miarę były już odśnieżone i z przejazdem nie było problemu, ale już za miastem zaczęły się kłopoty, tył autobusu niebezpiecznie ześlizgiwał się z drogi i kierowca musiał nieźle manewrować kierownicą, aby nie zakończyć podróży w rowie.
W pewnym miejscu wiatr nawiał tyle śniegu na drogę, że nie sposób było tą przeszkodę normalnie przejechać. Kierowca więc wycofał auto do tyłu i ruszył z dużą prędkością do przodu. Auto uderzyło w zaspę dużym impetem, rozbijając na boki zgromadzony śnieg i już dalej mogli kontynuować przerwaną podróż. Bronek podziwiał kierowcę, że tak sprawnie prowadzi autobus w takich ciężkich warunkach, był dobrej myśli, był coraz bliżej celu , a drogę która musiał przebyć pieszo z Wąpielska do Radzik traktował jako dobry spacer.
Niestety, dobre myśli prysnęły już w wsi Płonne, które leżało w głębokiej dolinie.
Autobus najpierw ostrożnie zjechał do wsi po stromej zaśnieżonej drodze, ale na drugim końcu wsi już nie mógł pokonać ostrej stromizny i chociaż kilkakrotnie szarżował pod górę to w połowie drogi koła autobusu ślizgały się , silnik wył na wysokich obrotach i zamiast jechać do przodu to auto staczało się w dolinę. W końcu kierowca, aby nie uszkodzić silnika zjechał na mały placyk tuż obok widniejącego na wzgórzu kościoła.
Bronek był załamany, zostało przecież tak nie wiele, coś około dziesięciu kilometrów nie licząc drogi ,którą miał i tak przebyć pieszo. W tych warunkach bał się iść piechotą tyle kilometrów, to nie lato, a zima, zaspy, mróz i ciemność wieczoru.
Pasażerowie którzy jechali z Bronkiem wysiedli już albo wcześniej , albo w tej wsi gdzie się zatrzymali. Bronek został tylko sam z kierowcą, wyszedł z autobusu i poszedł w kierunku gdzie mieli jechać i stwierdził,że faktycznie autobus nie ma szans dalej kontynuować jazdy, chociażby ktoś pomógł traktorem pokonać stromy podjazd, bo w dalszej części drogi za wzgórzem panowała śnieżna pustynia i nie widać było nawet gdzie biegnie droga.
Zszedł na dół do autobusu, kierowca był na plebanii, aby zadzwonić do bazy, aby przysłali pomoc, lecz niestety, telefon już od dłuższego czasu był wyłączony, ksiądz bezradnie rozłożył ręce – chyba pan wie że stan wojenny i telefony wyłączyli, jesteśmy odcięci od świata – odparł.
I co teraz pan pocznie ?– spytał Bronka kierowca – ja postaram się wrócić do Golubia, po tej pochyłości co zjechaliśmy to chyba da rade pod nią podjechać, a pan co zamierza?
No cóż, na piechotę i w takich warunkach to strach iść, muszę jechać z panem, mam w mieście rodzinę to pójdę do nich, a jutro od rana znowu spróbuje – odparł załamany Bronek.
Stali przy autobusie paląc papierosa,rozmowa nie kleiła się, Bronek nie mógł pojąć, że mimo że jest już się tak blisko, ale także zarazem tak daleko, że niestety, ale dzisiaj z żoną i synkiem się nie zobaczą, nie będzie pierwszej wspólnej Wigilii.
Już mieli wsiadać do pojazdu, kiedy nagle usłyszeli dźwięk dzwoneczków takich jakie są używane przy konnych saniach. Dźwięk był coraz bardziej wyraźny , tylko nie mogli dojrzeć skąd on się rozchodzi. Nagle z bocznej drogi prowadzącej z wsi Płonko wyjechały sanie zaprzężone w parę koni. Właściwie to był wóz konny inaczej zwany też furmanką, który zamiast kół miał zamontowane płozy takie jak przy oryginalnych saniach. Z boku na drążku wisiała naftowa lampa, która dawała nikłe blade światło służące jedynie do zwrócenia uwagi, że coś się porusza po drodze.
Z przodu wozu na niskim siedzisku siedział woźnica ubrany w gruby długi kożuch barani z szerokim kołnierzem, który zasłaniał wnet całą twarz mężczyzny, na głowie miał takąż samą czapkę baranią z spod której widać tylko było zarys oczu i nosa.
Sanie przejechały tuż obok autobusu i stojących kierowcy i Bronka i skierowały się na drogę biegnącą pod górę tą samą na którą nie mógł wjechać autobus.
Bronek był zdumiony i zaskoczony tym zjawiskiem, sanie zaś już powoli wjeżdżały na stromy odcinek drogi.
Nagle myśl jak błyskawica przebiegła przez głowę Bronka – a może on podąża do Radzik? , to ostatnia już szansa aby jeszcze dzisiaj być wśród swoich.
Panie kierowco niech pan zaczeka chwilkę – krzyknął Bronek w stronę kierowcy i pobiegł za oddalającymi się saniami.
Halo,halo, panie gospodarzu – wołał Bronek biegnąc pod górę, niech się pan zatrzyma, halo, halo. Zatrzymaj się pan.
Sanie stanęły, woźnica odwrócił się w stronę biegnącego Bronka trzymając krótko lejce i powstrzymując konie. Prrrrr...
Bronek dobieg zdyszany do sań - czy pan nie jedzie czasem do Radzik? - spytał dysząc ciężko.
Ni, ni, do Radzik ni – odparł woźnica spoglądając na Bronka błyszczącym zimnym spojrzeniem, aż Bronkowi zrobiło się jakoś nieswojo – jade do Zakola niedaleko Radzik
a daleko stamtąd do Radzik? – spytał Bronek zduszonym głosem
Jakby wyskoczył z woza na rozstaju na Krzu to jakiś kilometr z kawałkiem – odparł ściszonym głosem woźnica.
To można się z panem zabrać, co? - prosił uradowany Bronek, widząc że nadzieja wróciła
A wsiadaj , tam do tyłu – odparł gospodarz wskazując na leżące na wozie wiązki słomy .
Dziękuję, chwileczkę powiem tylko kierowcy że jadę z panem – odparł uradowany Bronek wrzucając zarazem torbę na wóz.
Bronek zbiegł z górki kilka kroków w stronę autobusu i krzyknął do kierowcy
Panie kierowco, jadę saniami do Radzik, dziękuję panu i wesołych świąt.
Kierowca machnął tylko na pożegnanie ręką i wsiadł do autobusu, aby po chwili ruszyć w powrotna trasę.
Bronek usadowił się na tylnym siedzisku otulając się szczelniej przed zimnym wiatrem, który delikatnie kąsał mrozem jego policzki.
Wio, wio, pokrzykiwał woźnica trzaskając z bata, a konie z mozołem ciągnęły pod górę niezwykle sanie.
Bronek obejrzał się jeszcze raz do tyłu i spostrzegł że autobus pokonał już w większości stromy podjazd i za chwile zniknie mu z oczu.
Sanie wjechały wreszcie na szczyt wzgórza , konie raźniej skoczyły do przodu i z jakąś dziwną lekkością ciągnęły sanie po kopnym śniegu.
Dzwoneczki zagrały czystym srebrzystym dźwiękiem dzyń, dzyń dzyń, sanie zaś sunęły bezszelestnie po białym puchu pozostawiając za sobą ślady płóz i obłok białego pyłu .unoszący się nad drogą. Nad nimi chmury, które zakrywały dotąd czyste niebo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozstąpiły się, rozwiały i ukazało się granatowe czyste niebo wypełnione milionem migających gwiazd, a sporych rozmiarów srebra kula księżyca oświetlała całą okolice bladym światłem i drogę po której się poruszali..
Sanie sunęły dalej i dalej i tylko Bronek nadziwić się nie mógł, jak woźnica odnajduje właściwą drogę, gdyż wszystko tonęło w śniegu, a przydrożnych drzew, a właściwie drzewek wytyczających zarys drogi było jak na lekarstwo.
Jechali tak już dobre pół godziny, przez ten czas siedzący z przodu woźnica nie odwracał się do Bronka, nie odzywał się , o nic nie pytał. Bronkowi wydawał się jakiś dziwny i nawet trochę w myślach żałował że nie pojechał z kierowcą do miasta.
A jak mnie wywiezie gdzieś, że już świata nie zobaczę, przecież to obcy człowiek – myślał zalękniony – jakiś tajemniczy ten gość, brrrr... oby tylko szczęśliwie dojechać.
Po następnych dwudziestu minutach w świetle księżyca Bronek ujrzał wystające z śniegu coś na kształt krzyża, ale przy bliższym przyjrzeniu się rozpoznał że to jednak drogowskaz zasypany do połowy w śniegu.
W tej samej chwili sanie stanęły, woźnica odwrócił się w stronę Bronka i wskazał batem najpierw na drogowskaz , a potem na świecące w oddali światełka.
To jestema na Krzu, tu musi wysiadać, o, a tam to już Radziki. Musi już tera sam sobie radzić – odrzekł przytłumianym głosem woźnica.
Bronek zeskoczył z wozu na puszysty śnieg uradowany, że to już niedaleko, że już niedługo będzie z swoimi.
Dziękuję bardzo panu gospodarzowi, ile się należy za tą podwózkę – spytał grzecznie Bronek sięgając do kieszeni gdzie miał portfel.
Nic się nie należy i tak jechałem w tu stronę, do Zakola mam jeszcze kawałek drogi – odparł gospodarz.
To może chociaż pomarańczą pan się poczęstuje, kupiłem wczoraj w Toruniu.
Nie, nie, zanieś to swojemu synkowi, wio, wio – odparł tajemniczy woźnica , strzelił batem i sanie ruszyły w dalszą drogę do Zakola - wio, wio.
Bronek zrobił kilka kroków w stronę migających w oddali świateł, odwrócił się jeszcze raz w stronę gdzie podążyły sanie chcąc pomachać jeszcze raz na pożegnanie, ale tych sań już nie było, tylko tuman poderwanego przez wiatr śniegu uniósł się do góry , aby z powrotem delikatnie opaść na zmarzniętą ziemie.
Bronek postał chwile , czuł jak zimny pot spływa mu po plecach, dziwne, co za dziwak z tego gospodarza, skąd on wiedział że mam synka? – pomyślał zdumiony i ruszył w dalszą drogę zmagając się z grubą warstwą leżącego na drodze śniegu.
W końcu po około pół godzinie dotarł do pierwszych zabudowań wsi. Droga była tu równiejsza, śnieg rozgarnięty na boki, szło się więc o wiele lżej.
Minął remizę strażacką, sklep spożywczy przy którym gromadka dzieci zjeżdżała z małej górki na czym popadło, przeszedł koło kościoła w którym zapalone były już światła choinek. Dotarł wreszcie do drewnianego domu, gdzie mieszkała teściowa .
Wynajmowała tam małe mieszkanko składające się z pokoju i kuchni. Wynajęła to, gdyż pracowała w wiejskim ośrodku zdrowia i stąd miała bliżej do pracy.
Kiedyś gdy żył jej mąż to mieszkali na małym gospodarstwie trzy kilometry za wsią. Gdy go zabrakło to zostawiła to najstarszej córce a sama przyszła mieszkać tu w wsi.
Bronek delikatnie zapukał do drzwi. Po chwili stanęła w nich żona, zdumiona, zaskoczona, patrzała na Bronka jakby na kogoś z innej planety. Przytulili się mocno do siebie.
A my już po kolacji – odparła po chwili – straciłam już nadzieje że przyjedziesz.
Na wsi mówili, że nie sposób dojechać do nas. A ty jak tu się znalazłeś i jak ty wyglądasz, cały przemoczony, ośnieżony.
Rzeczywiście Bronek nie wyglądał najlepiej. Brnąc przez śnieg, który miejscami sięgał do kolan, spodnie, buty przemoczone, kurtka też w nie najlepszym stanie, a i on sam przemarznięty, zmęczony całodniową podróżą. Ale czuł się nad wyraz szczęśliwy, że w końcu mimo tylu przeciwności udało się dotrzeć do celu, do swoich.
Po przywitaniu z teściową miłą sześćdziesięcioletnią kobietą,szybko przebrał się w suche rzeczy, które na szczęście zabrał z sobą do torby. Do synka na razie nie podchodził, był zbyt zziębnięty i nie chciał aby dziecko zachorowało.
Przed kolacją Bronek podzielił się opłatkiem z żoną i swoją teściową, życzyli sobie wszystkiego najlepszego, a zwłaszcza pociechy z małego Piotrusia. Podczas kolacji Bronek opowiadał jak to dzisiaj podróżował, a kobiety siedziały przy nim podsuwając mu smakołyki i słuchały jego opowieści.
No i tak dojechałem do Płonnego i już miałem wracać tym samym autobusem do Golubia, ale na szczęście ni stąd ni zowąd nadjechał saniami jakiś gospodarz który jechał do wsi Zakole, podobno to gdzieś blisko Radzik i wysadził mnie na Krzu i stamtąd już dotarłem na piechotę do was – zakończył swoja relacje Bronek.
A gdzie ten chłop jechał - spytała żona – do Zakola? Pierwszy raz słyszę , tu takiej wsi nie ma tyle co wiem, musiałeś się przesłyszeć.
Nie przesłyszałem się bo ten woźnica mówił z dwa razy, że jedzie do Zakola – odpowiedział stanowczo Bronek.
Mamo , czy słyszałaś o jakimś Zakolu? - spytała córka matkę.
Zakole, Zakole, słyszałam, ale to było dawno temu , tam już nikt nie mieszka ponad dwadzieścia lat – odparła teściowa Bronka.
To nie była nawet wieś, a tylko tam mieszkała jedna rodzina , a właściwie dwoje starych ludzi. Nikt tam nie chciał mieszkać, bo to i do nas do wsi daleko, a to w samym lesie nad Drwęcą . Tam była taka duża dolina i łąka nad rzeką, nic tam nie można było siać, ani sadzić, bo tam z byle czego to Drwęca zalewała. Mieszkał tam stary rybak, tak na niego wołali, a na jego kobite rybaczka. Jak się nazywali to chyba wiedział tylko ksiądz.
Przyjeżdżali do wsi furmanką, rzadko, tylko do sklepu i czasami w niedziele do kościoła. O,oo właśnie zawsze przed świętami to przywoził do księdza dwa pełne kosze ryb i prosił, aby ksiądz rozdał biednym ludziom ze wsi. Ale tak to byli odludki, nie kumali się z ludźmi, nie plotkowali, tyle co przyjeżdżali do sklepu, albo do Gsu.
Podobno w wojnę Niemcy zabili im trzech dzieci, strasznie nienawidzili Niemców.
Chyba pod koniec pięćdziesiątych lat umarli i to oboje od razu. Było to w styczniu.
Leśniczy chodził po lesie , po paśnikach i zajrzał tam do nich na Zakole. Wszedł do ich domu, a oni obaj nie żywe, rybak leżał w łóżku widocznie był chory, a przy nim siedziała rybaczka, a właściwie to leżała głową na jego piersiach. Musiało to stać się w Wigilie, bo stół był zastawiony, na stole stały talerze, zupa w garnku, a na półmisku smażone ryby. Na talerzyku leżał opłatek, a i podobno w ręku mieli po kawałku. Tak ich śmierć zabrała.
Bronka ta wypowiedź teściowej mocno poruszyła.
I co było dalej, ii co? - dopytywał.
Była tam milicja, lekarz, ale stwierdzili że to śmierć naturalna była, chyba jego kobicie serce pękło za nim. Pochowali ich na naszym cmentarzu. Gromadzka rada ich chowała, bo nie mieli nikogo. Na pogrzebie było kilku ludzi ze wsi i ksiądz i te z gromadzkiej rady. Eh, o czym my gadama w takim dniu.
Tylko raz i to na wiosnę gdy byłam na cmentarzu, przy ich grobie zobaczyłam kobietę wysoką, szczupłą, ubraną na czarno, stała tam jakiś czas, a potem wyszła z cmentarza i wsiadła do taksówki co stała przed cmentarzem i odjechała. Kto to był nikt nie wie. Więcej nikt tu już nie zaglądał do nich.
No Bronku zobacz już pół do dwunastej, zbieramy się na pasterkę, mama z Piotrusiem zostanie - przerwała te przykre wspomnienia żona Bronka – nie ma co w taki dzień wspominać takich przykrych zdarzeń.
Kościół mimo nie sprzyjającej pogody zapełniony był po brzegi. Rozpoczęła się Pasterka. Już zaraz na początku mszy pierwsza zaśpiewana kolęda Bóg się rodzi, moc truchleje przywołała w Bronku wspomnienia sprzed lat. Znowu oczyma wyobraźni zobaczył ojca krzątającego się przy choince, matkę jak rozczyniała ciasto na różne wypieki, siostry, brata i stół wigilijny. A potem te samotne wigilie spędzane w pustym już domu, albo w barze przy kuflu piwa. Przypomniał sobie i cmentarz na którym się znalazł nie wiadomo jak i słowa matki swojej – Idź synku ja będę przy tobie.
Znowu zapiekły go oczy tak jak wtedy przed laty, ale też i ze szczęścia, bo oto stała przy nim istota, która już od roku była jego żoną , jego najlepszym przyjacielem, na dobre i na złe, a tam kilka kroków dalej w drewnianym domu śpi jego synek, czy więcej mógł sobie wymarzyć.
Nareszcie nie jest sam i może jeszcze przed nim wiele trudniejszych dróg niż ta dzisiejsza, ale wierzy że da radę, musi dać, bo nie jest już sam, bo ma dla kogo żyć.
Cicha noc, święta noc,
Pokój niesie ludziom wszem,
A u żłóbka Matka Święta
Czuwa sama uśmiechnięta
Nad dzieciątka snem,
Nad dzieciątka snem.
…..........................................................................................

Bronek jeszcze przez długi czas nie mógł zapomnieć tej wigilijnej podróży. Będąc latem na urlopie wraz z rodziną w Radzikach postanowił odnaleźć zapomniane Zakole.
Pożyczył rower od sąsiada teściowej i wybrał się na przejażdżkę po okolicy.
Pojechał na Kierz, tam gdzie w pamiętną noc wysiadał z sań, był tam w ciągu dziesięciu minut, odnalazł drogowskaz na rozstaju dróg. Teraz mógł śmiało odczytać w świetle dnia dokąd można dojechać kierując się strzałkami na drogowskazie. Jeden kierunek – Płonne, drugi Radziki, trzeci - miejscowość Kupno.
To ta droga. Na pewno ta. - mówił do siebie ruszając rowerem w stronę Kupna
Ujechał nią może z dwa kilometry, nic jednak nie wskazywało, że gdzieś znajduje się ta dolina i poszukiwane Zakole. Minął pole z rosnącą pszenicą, małą łączkę po której spacerowały z wielka powagą dwa czarno białe bociany, wjechał w sosnowy las, nic a nic nie wskazywało celu poszukiwań.
Wyjechał z lasu i po kilkudziesięciu metrach zauważył nagle że droga prowadzi tuż nad dosyć stromym urwiskiem. Po lewej stronie ujrzał dolinę zarośniętą jakimiś krzewami, samosiejkami i różnymi chwastami, a w oddali rosnącą kępę drzew.
Ale jak tu zjechać w tą dolinę? - myślał i obserwował zarazem krawędź urwiska.
Nagle zauważył stary ślad drogi, kiedyś szeroką po której mógł poruszać się wóz czy auto. Teraz bardzo zarośnięta, stała się tylko ścieżką po której mógł przejechać rowerem. Po kilkunastu metrach ścieżka schodziła w dół, wiła się po dość stromej skarpie i Bronek musiał bardzo uważać aby bezpiecznie móc zejść na samo dno doliny. W końcu dotarł na sam dół i szedł dalej prowadząc rower zarośniętą ścieżką, która prowadziła do samej rzeki.
W pewnym miejscu tuż nad rzeką nagle ujrzał małą polanę zarośniętą chwastami, małymi krzewami i kępą drzew wśród których dostrzegł drewniany zrujnowany całkowicie dom, a naprzeciw niego stała drewniana ni to obórka, stajnia czy inna budowla gospodarska. Rozwalający się płot i furtka leżąca w chwastach dopełniała obraz zniszczenia żywego kiedyś obejścia.
Bronek oparł rower o najbliższe drzewo i powoli zaczął zwiedzać dawno opuszczone gospodarstwo. Dom drewniany z zapadłym pokrytym papą dachem, licznymi dziurami przez które wyglądały jakieś samosiejki ni to leszczyny, ni to nieokreślonych drzewek. Oczodoły okien pozwalały zajrzeć do środka, jedna z ram okiennych wisiała smętnie na przerdzewiałym zawiasie bujając się przy silniejszych podmuchach wiatru. Drzwi wejściowe zmurszałe i przegniłe od wody leżały w sieni utrudniając wejście do tej ruiny. Bronek wcale nie miał zamiaru tam wchodzić, bał się że może tam czyha jakaś pułapka , a w razie czego znikąd pomocy.
Wystarczyło mu że spoglądał do wnętrza przez otwory okienne. W jednym z pomieszczeń zauważył szczątki drewnianego łóżka, skrzynia leżała na podłodze, a szczyty łóżka były oparte o jedną z ścian pomieszczenia. Trochę dalej zauważył resztki stołu , blat z jedna nogą i szufladę zresztą też w kawałkach. Na podłodze walały się jakieś śmieci, resztki gruzu z zarwanego sufitu. W rogu pomieszczenia stała murowana plata, piec na którym zapewne gotowano wodę czy różne potrawy, on też przedstawiał żałosny widok upiększony czarnym żeliwnym garnkiem leżącym na palenisku.
Poszedł dalej, za węgłem domu zauważył rozlatującą się starą z płaskim dnem łódź , którą zapewne rybak wypływał na Drwęcę. Nagle w bujnych chwastach zauważył coś dziwnego, coś co przykuło jego wzrok, podszedł bliżej rozgarnął chaszcze i ujrzał stary wóz, furmankę bez tylnych kół, rozlatująca się skrzynia leżała prosto na ziemi zaś przód furmanki oparty był na zwrotnicy wozu, a zamiast kół umocowane były.....płozy sań.
Mimo gorącego dnia zimny dreszcz przeleciał przez jego ciało.
Czy to te sanie którymi jechał w pamiętny wieczór wigilijny? - rozmyślał z uczuciem jakiegoś lęku – nie, nie to niemożliwe, przecież ten wóz leży tu już od ładnych kilku lat. Poczuł się jakoś nieswojo, tym bardziej że nagle prażące dotąd słońce skryło się za ciemną chmurą, która pojawiła się nagle na niebie. Czuł na sobie jakby czyiś wzrok, tak jakby był obserwowany, ale wokół nie widział żywej duszy.
Oho, ho, aby czasem burza mnie tu nie zastała, trzeba zabierać się stąd, dosyć tych poszukiwań.
Zawrócił do miejsca gdzie zostawił rower, nogi w lekkich sandałach teraz wydawały się o wiele cięższe, jakby miał ubrane ciężkie wojskowe buty. Szedł tak jakby w zwolnionym tempie, aby w końcu dotrzeć do roweru, wsiadł i popędził ścieżką w stronę skarpy. Po kilku minutach był już na szczycie i wyjechawszy na drogę popędził w stronę drogowskazu na Krzu, a stamtąd już do Radzik.
Mamo – zwrócił się do teściowej Bronek – mówiłaś w zimę, że tych z Zakola pochowano na tutejszym cmentarzu, pokarzesz mi gdzie leżą?
Mogę ci pokazać,jak w ogóle ten grób jeszcze istnieje.
Po południu poszli na spacer, mały Piotruś stawiał już samodzielne kroki, biegał po pustej drodze, przewracał się , podnosił się z trudem, a potem wyciągał małe rączki płacząc i prosząc aby wziąć go na ręce.
Na cmentarzu teściowa pokazała mogiłę rybaków. Zapadnięta ziemna mogiła porośnięta trawą , pokrzywami ledwo była widoczna wśród innych mogił, przedstawiała przykry widok .
Mamo, a powiedz, czy oni tu zawsze mieszkali, tu się urodzili?
Nie, nie, oni nie byli stąd. Przyjechali tu po wojnie chyba z Szafarni, czy z pobliskiego Płonka, dokładnie nie wiem. - odparła podejrzliwie matka - a co oni tak cie interesują, co?
Nie nie, ale to była taka smutna a zarazem ciekawa i tajemnicza historia.
Po kilku latach gdy Bronek znowu przyszedł na cmentarz mogiły rybaków już nie było. Na ich miejscu stał już sporych rozmiarów nowy pomnik z nowym lokatorem.
Pozostała już tylko po nich legenda. Czy prawdziwa? Ja myślę że tak.

Marian Pniewski
2015r.
Ostatnio zmieniony sobota 02 sty 2016, 22:14 przez Marian Pniewski, łącznie zmieniany 1 raz.

ANNAB
Posty: 50
Rejestracja: środa 10 lis 2010, 08:24
Lokalizacja: Bydgoszcz

Re: Wigilijna opowieść 3

Post autor: ANNAB » sobota 02 sty 2016, 13:22

Marianie,
piękna opowieść ! Przy jej czytaniu wróciły wspomnienia nie tylko przeżytych wigilii,
ale w zakamarkach pamięci ożyły miejsca i ludzie, których spotkałam na trasie mojej życiowej wędrówki.
Wszystkiego najlepszego
Anna

Awatar użytkownika
Jurek Plieth
Posty: 126
Rejestracja: wtorek 23 lis 2010, 10:40
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Re: Wigilijna opowieść 3

Post autor: Jurek Plieth » sobota 02 sty 2016, 21:18

Marianku, dziękuję bardzo!

ewaduch
Posty: 2016
Rejestracja: czwartek 19 mar 2009, 12:18
Lokalizacja: Toruń / Białystok

Re: Wigilijna opowieść 3

Post autor: ewaduch » niedziela 03 sty 2016, 16:22

Witam :)

Dla mnie pierwsza Wigilia Bożego Narodzenia w stanie wojennym też była niezwykła. Nie było przy mnie dziwnych ludzi, ani nie działy się tajemnicze historie, ale nie było ‘jak zwykle’. Tego dnia pracowałam. Tuż przed dzwonkiem mającym mnie wypuścić z murów szkoły, do klasy wszedł dyrektor z milicjantem i wojskowym. Kazał dzieciom spakować się i ustawić się parami i obiecał mi, że się nimi zajmie. Ja miałam opuścić salę przed nimi w towarzystwie mundurowych. Nikt mi nic nie powiedział. Zdjęłam z wieszaka kożuszek, chwyciłam torebkę i poszłam za nimi. Na holu minęłam koleżankę, która mieszkała w moim bloku i pomyślałam, że w razie czego powiadomi męża. Ale co mu powie? Szłam za milicjantem, a za mną szedł wojskowy. Instynktownie czułam, że nie powinnam o nic pytać, a oni nie kwapili się z wyjaśnieniami. Wyszliśmy z budynku szkolnego i gdy przechodziliśmy na drugą stronę ulicy Łyskowskiego usłyszałam dzwonek. 16.05. Pomyślałam, że nie zdążę wykończyć wieczerzy wigilijnej przed powrotem męża. Z lękiem pomyślałam o Krzyśku, który wciąż był u niani, ale szybko pocieszyłam się, że jest przecież u niej bezpieczny. Weszliśmy do budynku (dziś mieści się w tym miejscu klub „Rubin”). Za drzwiami milicjant poprosił mnie o dowód osobisty, który przejrzał i zatrzymał. W niewielkiej sali stały 4 stoliki z krzesełkami, a przy ścianie – długi stół, przy którym zasiedli milicjant, wojskowy i jakiś cywil, pewnie tak zwany ‘czynnik społeczny’. Oprócz mnie były jeszcze trzy inne młode kobiety. Okazało się, że mamy wypisywać przepustki. Szkolenie było tyleż szybkie, co zbędne. Druczki były gotowe, należało tylko wpisać imiona, nazwiska i daty. Ktoś otworzył drzwi i zaczęli wchodzić interesanci: zwykli ludzie, pragnący spędzić Święta z rodzinami. Zaczęła się praca. Pisałam, pisałam, a ludzi nie ubywało. Około 19, gdy zrobiło się trochę luźniej, wniesiono kawę i pączki prosto z cukierni Pokojskich, która znajdowała się w pobliżu. Ów cywil wręczył mi goździk i zaintonował „Sto lat”, informując, że mam dziś imieniny. To było miłe i zupełnie niespodziewane. Wypisywałam te przepustki jeszcze kilka godzin. Do domu wracałam pod eskortą mundurowych, z dumą dzierżąc w ręce czerwony goździk. Zegarowa kukułka obwieszczała 23.00 Mąż czekał na mnie z kolacją. Syn już spał. Nikt nam nie życzył „Wesołych Świąt”.
Pozdrawiam cieplutko,
Ewa Szczodruch

ODPOWIEDZ