opowieści dziwnej treści z AP

Opisujemy miejsca, miejscowości, które są nam bliskie

Moderator: ewaduch

Marian Pniewski
Posty: 387
Rejestracja: środa 20 kwie 2011, 20:42

opowieści dziwnej treści z AP

Post autor: Marian Pniewski » sobota 27 wrz 2014, 00:13

Witam serdecznie. Moi drodzy genealodzy. W związku digitalizacją ksiąg metrykalnych w AP naszła mnie myśl o napisaniu opowiadania o księgach metrykalnym na pograniczu może fantazji, baśni czy zwykłej prawdy nie tylko o księgach, ale i o nas samych. Chodzimy często do AP zamawiamy księgi przeglądamy je, znajdujemy co nam potrzebne i koniec wracamy do domu.Traktujemy je często jak zwykłe informatory, które dostarczają nam potrzebnych danych do naszego drzewa. A prawda jest całkiem inna, to nie informator, a historia, historia naszej rodziny, historia naszej małej ojczyzny.Mając trochę wyobraźni z tych ksiąg możemy wiele wyczytać, nie tylko daty. Nadeszły nowe czasy, technika zapisu cyfrowego,co umożliwi korzystanie z ksiąg na domowym komputerze. może to już ostatni dzwonek, aby skorzystać z prawdziwej księgi? Więc spieszmy jeszcze do AP, może ostatni to już raz? zapraszam do przeczytania poniższego opowiadania. Marian P.


Opowieści dziwnej treści z AP
W pomieszczeniu panował półmrok, ciemnego koloru żaluzje na oknach uniemożliwiały dostateczny napływ dziennego światła. Tylko lufciki nad oknami przepuszczały światło dzienne, ale były one więcej otworami wentylacyjnymi niż świetlnymi. Jasno w pomieszczeniu robiło się wtedy, gdy zapalano sztuczne światła zwykłych żarówek czy jarzeniówek i wtedy można było zobaczyć to, co znajduje się w tym pomieszczeniu. Był to swego rodzaju magazyn zastawiony wysokimi pod sam sufit regałami, na których poukładane były sterty jakiś ksiąg urzędowych, co przy bliższym się ich przyjrzeniu można było odczytać , że są to księgi metrykalne z różnych miejscowości przekazane z okolicznych parafii, i USC.
Wczesnym rankiem panowała tu niczym niezmącona cisza i tylko światło wczesnego poranka sączące się przez lufciki i kilka żarówek z punktów świetlnych umieszczonych na scianach rozświetlały ten magazyn ksiąg różnego rodzaju. W powietrzu unosił się lekko duszący zapach papieru wydobywający się z poukładanych na półkach dokumentów i wszędobylskiego kurzu osiadłego na regałach, na księgach metrykalnych i oprawach jarzeniowych. Za białymi drzwiami o dwóch skrzydłach rozlegał się delikatny hałas, jakieś rozmowy, śmiechy, pukania, stukania, które oznajmiały, że tam za drzwiami rozpoczął się już nowy dzień urzędowania i że w niedługim czasie i tu ktoś wejdzie do tego pomieszczenia i będzie wybierał potrzebne mu księgi i zabierał je z sobą poza drzwi magazynu.
Nagle w tej ciszy poranka dało się słyszeć jakiś szelest, potem jakieś stuknięcie, furczenie i przytłumione ziewanie. Ktoś był w magazynie, ale kto? Nic nie wskazywało żeby przebywał tu jakiś człowiek, bo przecież magazyn był na noc zamykany i plombowany specjalna urzędową pieczęcią.
- Co to?, Kto to?
- Eee….uchhhhh…. , ale spałam jak nigdy dotąd – rozległ sie naraz jakiś dziwny przytłumiony głos wydobywający się z piątej półki pierwszego regału
- Fruuu,Fruuu…., - rozległo się nagle lekkie trzepotanie jakby skrzydeł jakiegoś ptaszka. - uffff… u,uuu- ale na mnie się kurzu zebrało, no, no, skąd się to dziadostwo bierze nie mam pojęcia.
- O,ooo, witam sąsiadkę Urodzoną 1845, a co to? Już się rozbudziła?
- A,aaa witam Ślubna 1850, co to ? już też na nogach? hihihiii.. odparła z pewną dozą ironii Urodzona 1845.
- E,ee, pół nocy nie spałam, a to przez Ślubną 1848, była wczoraj na sali, pół dnia jej nie było, o,oo, a teraz śpi jak zabita.
- To ją musieli wczoraj ładnie przeglądać, co? – zapytała Urodzona 1845.
- No, dosyć długo, bo ona trochę przy gruba, bo ma w sobie nie tylko śluby, ale także zapowiedzi i duplikaty, sama to dźwiga biedaczka, więc ją dłużej przeglądają niż mnie, ja to szczupła jestem, tylko śluby i to też mało, bo to był jakiś słaby rok, coś nie chcieli się wtedy żenić – rozprawiała Ślubna 1850
-- Eh…, a mnie już jak długo nikt na sale nie prosił, przez to kurzu na mym grzbiecie, co nie miara, a ten Tomek archiwista, to o nas nic a nic nie dba, nie odkurzy, nie przełoży i tylko na pleckach wciąż leżę. – burknęła z nieukrywanym żalem Urodzona 1845.
- Popatrz, popatrz Urodzona1845 na tamte półki, ta Śmiertelna 1850, chociaż moja krewna z tego samego rocznika, a nic więcej nie robi tylko wciąż ryczy i ryczy, aż po regale cieknie.
- A co się dziwisz Ślubna 1850, jakbyś w sobie miała tyle tragedii, co ona to też byś ryczała. Tam dużo dzieciaków i młodych zmarło w tym jej roku, sama wiesz, jaki ciężki to był rok, zaraza jakaś panowała, całe wioski umierały, a i ty wesel miałaś wtedy też mało i dlatego taka chuda jesteś. A u ciebie to tylko hulanki, swawole, ty masz dobrze, pełno żarcia, muzyka rżnie od ucha do ucha i gorzałki co nie miara, ty to masz dobrze.
- E..eee. tam dobrze. Głupoty gadasz moja droga, ja tylko leżałam w kościele, albo na plebanii i ksiądz tylko pisał na mojej jednej z kartek, kto się żeni, kto świadkiem, a później tylko młode podpisywali się, hihihi….często krzyżykami, bo pisać nie umieli, a tak gęsie pióro przyciskali, ze aż mnie kartki potem przez trzy dni bolały, takie to moje weselicho, phii… - żachnęła się Ślubna 1850.
- U mnie podobnie, też się krzyżykami podpisywali, a ile razy te ich małe dzieciaki ryczały, na cały kościół się rozchodziło, tak wrzeszczeli, zwłaszcza jak im głowy ksiądz wodą polewał, co też te ludzie maja za obyczaje, co prawda ja też bym się darła, bo przecież my też wody nie lubimy, no nie Ślubna 1850?
- No,no. A wiesz ta Ślubna 1848 mówiła mi wczoraj jak była na sali, to ten co w niej szukał ślubów rodziny, to rozmawiał z Tomkiem i mówił, ze będzie dzisiaj i zamawiał podobno cały rocznik 1840 do 1855, wszystko, i Urodzenia , Ślubne, i Śmiertelne też.
- To ty dopiero mi o tym mówisz? – zawołała zaskoczona Urodzona 1845 – ojej, a jak ja wyglądam, fruuu, fruuuu- a sio kurzu, a sio. Ojej, wyjdę na salę, ojej, nareszcie zobaczę światło dzienne, ludzi, ojej, cała się trzęsę z wrażenia.
- Ojej,ojej, fru,fru…… – zatrzepotała znowu swoimi kartkami Urodzona 1845 wzniecając w powietrzu tumany kurzu.
- A psik, a psik ,uhmmm ……co ty wyrabiasz? Cicho bądź, czego się tak wydzierasz, tobie to coś powiedzieć – żachnęła się Ślubna 1850 odganiając zarazem od siebie tumany kurzu – a jak nie przyjdzie?, to nici z spaceru, nie podniecaj się tak wariatko.
- Ojej, jej, na pewno przyjdzie, a powiedz, kto to ten facet, młody, czy stary? – pytała podniecona Urodzona 1845 - a kogo on szuka, co?
- A mnie skąd wiedzieć, Ślubna 1848 mówiła że to jakiś starszy facet, ale jakiś musi być przystojny, bo ładnie pachniał wodą kolońską, a jak ją przeglądał to założył białe rękawiczki, hihihiiii… lękał się że się pobrudzi czy jak ? hihihiiii…..
- A może chciał być delikatny, nie chciał spoconymi rękoma dotykać kartek, bo potem zostają plamy i niszczeje papier – odrzekła Urodzona 1845
- Może. A wiesz ja miałam raz takiego, co miał brudne łapska, a moimi kartkami tak szarpał, że myślałam że mi je wydrze. Nie mógł czegoś rozczytać, to wziął lupę, pochylał się, sylabizował i sapał tak nade mną jak lokomotywa chyba z dziesięć minut, myślałam, że i ja dech stracę. Dopiero Tomek mu pomógł i przetłumaczył. Niezguła jeden, hahahaa….
- Phiiii… też mi coś – rozległ się nagle głos gdzieś nad nimi z ósmej półki drugiego regału - wielce mi to, że trochę poszarpał, poprzyciskał phiii….
- Mnie to sponiewierali, ze do dzisiaj mam ślady na stronicach, ze niektórych nie da się odczytać, do dzisiaj to, co mnie spotkało dobrze pamiętam.
- Aa ty, kto jesteś, pierwszy raz cie widzę – zapytała zaskoczona Ślubna 1850
- Ja? Ja to śmiertelna 1862-64 z pod Rypina. Byłam już i w Płocku, potem leżałam sobie parę lat w Włocławku, aż w końcu przywieźli mnie do was do Torunia.
-E.eee, to młodsza jesteś od nas, smarkula hiihihiiii…. zaśmiały się obie z pierwszego regału.
- To co że młodsza, ale swoje przeszłam, nie dość że mi wpisują samych nieboszczyków, to jeszcze mnie ciągnęli gdzieś po świecie.
- To sobie pozwiedzałaś trochę, a konkretnie to skąd jesteś? – zapytały razem te z pierwszego regału.
- Mówiłam przecież, że spod Rypina z Radzik Dużych. Wtedy, gdy tam byłam to było powstanie styczniowe i przez tą wieś przechodzili ochotnicy do powstania. Przyszli zza Drwęcy z Prus, z Kowalewa, Torunia i jeszcze z innych miejsc, ale nie pamiętam. Wtedy to wykryli ich ruskie sołdaty z Rypina i z Dobrzynia, tamci ukryci w lesie nie spodziewali się nawet, że ich odkryli. Ruskie strzelali do nich jak do kaczek, tamci się bronili, ale ulegli, cześć uciekła, a cześć leżała zabitych w lesie. Potem chłopy przywieźli ich na wozach pod plebanie i ksiądz ich wpisywał do mnie, możecie zobaczyć, do dzisiaj są na moich kartach, wypisywał akty zgonu i potem kazał ich pogrzebać na cmentarzu w Radzikach.
Ksiądz musiał uciekać przed ruskimi i nas , to znaczy wszystkie księgi zabrał na chłopski wóz i uciekaliśmy na inna wieś. Eh… co to się działo po drodze. Było przedwiośnie, roztopy na drogach, błoto, wóz się kolebał na wszystkie strony, a my powpadaliśmy w te błocko, parę ksiąg to nawet wóz przejechał kołami, ja na szczęście wpadłam w błoto, ale ktoś mnie podniósł i wrzucił z powrotem na wóz, byłam wnet cała w błocie. Parę ksiąg zostało na drodze i już ich nie widzieliśmy więcej. Potem leżeliśmy w jakieś szopie, nieraz przychodził jakiś chłop i brał nas do rozpalenia ogniska na dworze. Ja się jakoś uratowałam, ktoś mnie oczyścił z błota, ale ślady zostały. Oj namęczyliśmy się namęczyliśmy
- eh,…..- głębokim westchnieniem zakończyła swój przydługi monolog śmiertelna 1862 -64.
- no to naprawdę swoje przeżyłaś – przyciszonym głosem stwierdziła Urodzona 1845. – ja na szczęście takich przygód nie miałam, chociaż jestem starsza, ale też miałam przydługą podróż aż do Niemiec, to przez te ich wojny Wróciłam dopiero gdzieś z piętnaście lat temu.
- Hej… tam cicho gaduły, zebrało się im na zwierzenia, nie możecie cicho leżeć? - Usłyszały nagle głos z regału znajdującego się tuż przy drzwiach od korytarza - cicho , cicho, chyba ktoś idzie do nas, zaraz będzie wybieranka.
-- E..ee to na pewno Tomek, jak co dzień, może to już po nas idzie tak jak mówiłaś Ślubna 1850, no to sobie pooddychamy świeżym powietrzem, bo przez te Śmiertelne to już wilgoć w magazynie czuję - mówiła Urodzona 1845.
Nagle usłyszały zgrzyt klucza w zamku od drzwi wejściowych i po chwili w drzwiach stanął Tomek i panna Krysia. Rozbłysło światło jarzeniówek oświetlając ostrym światłem całe pomieszczenie magazynu.
- no panno Krysiu, wybieramy te księgi, które są na rewersie – usłyszały głos Tomka - co tam mamy? Acha, Urodzenia od 1840 do 1855r. Lisewo.
To pani bierze urodzenia, a ja ślubne i zgony, dobra?
- to ja, to ja - zapiszczała z radości Urodzona 1845, - hej dziewczyny zbierać się idziemy na sale, hahahaha… - radowała się urodzona 1845.
Nagle poczuła na swojej sztywnej okładce delikatna dłoń panny Krysi i po chwili leżała już w wygodnym koszyku, by zaraz być przykrytą przez następna księgę.
- no co panno Krysiu, wszystkie pani zebrała - usłyszały glos Tomka
- tak, tak , ale są bardzo zakurzone, powycieram je tylko - odpowiedziała panna Krysia.
Po chwili Urodzona 1845 poczuła na sobie mięciutką szmatkę, która oczyszczała ja z kurzu.
- Oj długo nie były używane, tak mocno zakurzone, – zakomunikowała panna Krysia przecierając szmatką okładki – no, ale już są czyste
- No to idziemy – odparł Tomek przy tym zamykając drzwi magazynu.
Urodzona 1845 spoglądała przez szparki koszyka na otoczenie wokół nich. Przemierzały najpierw długi korytarz, potem jakieś biuro, gdzie spisywali ich numery, a potem schodami w dół , aby po chwili znaleźć się w przestronnej mocno oświetlonej przez światło dzienne sali.
- Lisewo to dla pana? – usłyszały nagle glos panny Krysi – proszę bardzo , owocnych poszukiwań – zaszczebiotała panna Krysia wykładając z koszyka księgi na duży stół.
- dziękuję, dziękuję bardzo – odparł tajemniczy jegomość.
Jegomość, całkiem sobie przystojny facet z krótko podciętymi włosami przyprószonymi już gdzie niegdzie srebrnym kolorem, z delikatnym wąsikiem pod nosem, ogolony, wypachniony dobrą woda kolońską z namaszczeniem ubierał na swe delikatne dłonie białe bawełniane rękawiczki, potem poprawił okulary na nosie i rozpoczął swoja pracę od segregowania ksiąg. Najpierw ułożył ślubne od 1840 do 1855, aby po chwili rozpocząć poszukiwania. Otworzył pierwszą księgę Ślubna 1840, która z przejęcia aż zatrzepotała swoimi stronicami. On zaś skrupulatnie pochylony nisko nad Ślubna 1840 przeglądał strona po stronie. Nie śpieszył się, widać było, że już od długiego czasu ma do czynienia z tego rodzaju księgami. Delikatnie przekładał stronice, nie szarpał, nie zaginał stron, a gdzie zauważył podniszczona stronę to wygładzał ja i uważał, aby jej jeszcze więcej nie uszkodzić.
Urodzona 1845 leżała na samym wierzchu jeszcze nie posegregowanych urodzonych, miała więc wyborną okazje do obserwowania co się dookoła dzieje. Czuła się jak w siódmym niebie, obserwowała jak ten tajemniczy gość przegląda jej koleżanki. W pewnym momencie wyjął z torby leżącej obok takie małe urządzenie, które ludzie nazywają aparatem fotograficznym i przymierzał się do fotografowania.
Urodzona 1845 widząc ten aparat przestraszyła się , żeby mogła to by wzięła nogi zapas, ale nie mogła tego zrobić. Bała się tego aparatu, przypomniała sobie jak przed wielu laty, ktoś fotografował jej strony. Tylko tamten aparat w odróżnieniu od tego, który miał ten gość był o wiele większy. Tamten błyskał oślepiającym światłem, syczał, aż strony bladły od tego błysku.
- Ojej, teraz też tak będzie?, a myślałam że to w porządku gość – pomyślała przerażona.
Spoglądała na niego z lękiem, a on włączył ten swój mały aparacik cos tam przy nim pomajstrował i…………… cyk zdjęcie.
Urodzona 1845 już już miała wydać z siebie okrzyk grozy, a tu nic się nie stało. On zaś znowu skierował aparat na Ślubna 1840 i….. cyk i ciche kliknięcie, żadnego błysku, ani syku aparatu tak jak przed laty.
- chyba ma popsuty, coś z tym aparatem nie tak – pomyślała Urodzona 1845.
A on jeszcze z stoickim spokojem dalej cykał aparatem, aż urodzona nie mogła wyjść z podziwu - co on ma za aparat, ho,ho,ho to na pewno ta ich nowa technika.
Po pewnym czasie gość poukładał rocznikami Urodzone od 1840 do 1855.
Urodzona1845 znalazła się miedzy księgami jaka piąta z kolei i z niecierpliwością czekała na swoja kolej. Coś wolno temu gościowi szło, przeglądał i przeglądał, ale minę miał zadowalającą, widać znajdował to co potrzebował ,bo co rusz to fotografował.
W końcu Urodzona 1845 znowu była już na wierzchu, już, już za parę minut on ją weźmie - och, żeby on coś znalazł we mnie, ale bym była szczęśliwa, oh, ach.
Nagle usłyszała delikatne klapnięcie okładki poprzedniej księgi i zauważyła, że on odkłada już poprzedniczkę na bok i po chwili poczuła jego dłoń na swojej okładce, już leżała przed nim, już otwierał jej pierwsza stronę.
Jakiś czas wczytywał się w tekst umieszczony na drugiej stronie, cos tam pomruczał, potem wziął lupę do ręki i wnikliwie patrzał przez nią w napisany na stronie tekst.
Usłyszała nagle jego ściszony głos – taaakkk, to jest chyba R, nie, nie wygląda na P ? Pumiński, co?, nie, nie , tak, tak Hieronim Rumiński, hahaha, mam, mam , w końcu mam prapradziadka, hahaha, jeszcze data urodzenia, dwu, dwuuuu,dwudziesty drugi - eh.. ale ten pisarz gryzmolił, tak, tak dwudziesty drugi maj, 1845r. rodzice Jan i Maryanna, to , on, to na pewno on, ale miałem farta, ach, kochana ty moja księgo, skrywałaś go, pilnowałaś go, aż ja go znalazłem hahaha.
Wziął do ręki aparat i cykał nim chyba z pięć razy, dumny był jak paw i cieszył się jak dziecko, aż inni znajdujący się na sali spoglądali na niego z wyrzutem, ze zachowuje się za głośno. Ciiiiii…,halo, panie, ciszej proszę, tu też inni pracują.
- Jak, jak on to powiedział? Kochana moje księgo? Ach, ach, jeszcze nikt tak do mnie nie mówił, o matko, jakie piękne słowa. Słyszała nieraz przy chrztach swoich podopiecznych jak ich rodzice mówiły do nich – ty moja kochana dziecino i uśmiechali się do nich, to było takie piękne. A teraz on ten nieznajomy do mnie – kochana, ach. Ale swoja drogą, z czego on tak się cieszy, ja już go mam tego jego prapra…w sobie ponad sto pięćdziesiąt lat i nie robię z tego powodu sensacji, a on o mało nie zwariuje hihihihi…. Co też za dziwaki z tych ludzi – mówiła sama do siebie Urodzona 1845 - no ale ja też się cieszę, o,oo jak zazdrośnie inne patrzą na mnie, phii …. Ach, kochana moja księgo ach…..jaka jestem szczęśliwa.
Po Urodzonej 1845 przyszła kolej na następne księgi, ale one już nie wzbudzały takiej euforii jak w przypadku Urodzonej 1845. Mijały minuty, potem godzina i dwie, sala, na której przebywali poszukiwacze swoich korzeni powoli pustoszała. Kończył też swoja prace gość, który przeglądał księgi Lisewa.
Urodzonej już trochę się nudziło, chociaż wolała przebywać tu na sali, niż w zaciemnionym magazynie, z drugiej zaś strony chciałaby już jak najszybciej podzielić się wrażeniami z Ślubna 1850 i z tą z pod Rypina.
- I co panie Władysławie widzę, ze już pan kończy – usłyszała nagle glos Tomka Urodzona 1845.
- No tak, tak, na dzisiaj dosyć, dzisiejszy dzień był naprawdę wyjątkowy, znalazłem w końcu swego prapradziadka ,którego poszukiwałem od ponad roku i akurat dzisiaj sprzyjało mi szczęście. – opowiadał Tomkowi o swych rewelacjach gość nazwany przez Tomka Władysławem. – teraz jeszcze będę musiał poszukać narodziny jego żony i ich ślub i będę wtedy miał już całą ich gałązkę rodzinną.
- O to będzie się pan musiał pospieszyć – odrzekł mu Tomek.
- A to, dlaczego? W genealogii pośpiech jest złym doradcą panie Tomku, trzeba powoli dochodzić do celu.
- Tak, tak, to ja wiem, ale niedługo skończą się wasze poszukiwania tutaj w archiwum, bo rusza digitalizacja wszystkich zbiorów, wszystkich ksiąg metrykalnych. Będą już potem niedostępne. Po zeskanowaniu będzie można je tylko zobaczyć w Internecie na naszej stronie archiwum, a księgi będą wydawane tylko w szczególnych okolicznościach.
- niemożliwe, co pan powiadasz? To już nie będziemy tu przychodzić i poszukiwać naszych przodków, niemo…. Nie, nie.To chyba niemożliwe. – powątpiewał dalej pan Władysław.
- Tak, tak to pewne, już za kilka dni rusza segregowanie ksiąg, będą pakowane w specjalne pojemniki z sygnaturami, zapieczętowane i wysłane do Bydgoszczy , gdzie na specjalnych skanerach będą skanowane kartka po kartce, a później na serwer internetowy i będzie już można je przeglądać na komputerze w domu. Widzi pan? Nie potrzeba tu przyjeżdżać, czekać aż podadzą, tylko pan sobie klikniesz w komputerze w domu i będziesz miał jak na tacy, hahahaha….. informował ze śmiechem pana Władysława Tomek .
--No, nie wiem, ale ja jednak bym wolał tak jak dotychczas, tu odpoczywam, tu cisza, spokój, mam bezpośredni kontakt nie tylko z księgą, ale i z historią, mogę dotknąć papieru, który ma nieraz i z dwieście lat, prawdziwe wpisy i ten zapach sprzed wielu lat. Przykro mi będzie jak tak się stanie jak pan opowiadasz. A co z księgami? Wyrzucicie je na śmietnik, spalicie, czy jak?
- Nie, nic z tych rzeczy, przecież to też w pewnym rodzaju zabytek. Przejdą różne zabiegi naprawcze, odgrzybianie wysuszanie i spakowane w specjalne kartonowe pudła wrócą na półki, aby tam już przebywać ile się da. Wydawane będą tylko przy szczególnych okazjach, na wystawy, czy dla naukowców.
- No dobra, to już je zabieram i niech pan jeszcze wpadnie do nas, może będzie jeszcze można wypożyczyć. Dowidzenia panu.
Rozmowa dobiegła końca, pan Władysław jeszcze nie tak dawno bardzo ucieszony teraz z nosem na kwintę opuszczał sale, a po chwili zniknął w czeluści korytarza.
Na sali zaległa cisza, taka cisza, ze można było usłyszeć swoje myśli. Urodzona1845 tak jak pan Władysław jeszcze parę minut temu rozradowana i na swój sposób szczęśliwa po usłyszeniu tej rozmowy dwóch mężczyzn po prostu oniemiała.
Nie mogła pojąć, co się stało, nie mogła zrozumieć tych słów, które wypowiadał jeszcze przed chwilą Tomek.
- Nie, nie, to nieprawda, on tylko tak mówił, ale chyba temu gościowi nie kłamał? Co on powiedział? Digi coś tam, co oni z nami będą robić? skanerować czy jakoś tak? A potem, co? W pudła, w kartony? I już nie ujrzymy światła dziennego, nie ujrzymy tych poszukiwaczy, nie usłyszymy ich głosu, śmiechu, ich radości? Ojeju, co to będzie, to przecież tak jak u Śmiertelnej, to tak jakbyśmy umarli, tak jak ludzie. Myśli kotłowały się w niej jak oszalałe, nawet nie poczuła jak Tomek włożył ją do koszyka i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, ze to może już ostatnie jej odwiedziny tu na tej sali, a potem digi coś tam i ciemność na wieki w jakimś kartonowym pudle. Ostatni raz spojrzała na sale, na której dzisiaj przeżyła takie piękne chwile, później korytarz, biuro i coraz dalej od jasności dnia, do ponurego ciemnego magazynu.
Pozostałe księgi też były zszokowane, brakowało im głosu, Śmiertelna znowu zaczęła pochlipywać, aż Ślubna 1850 zrugała ją cichutko, bo przy człowieku nie mogły się kategorycznie odzywać.
Po chwili dotarły do magazynu, Tomek będąc już sam bez panny Krysi wyjął je szybko z koszyka i pozostawił na dużym stole mówiąc – e tam jutro je poukładam na półki, dzisiaj już nie mam czasu. Po chwili zgasły jarzeniówki, tylko świeciły się boczne światełka rozjaśniając delikatnie mrok magazynu.
Pozostały same. Przez dłuższy czas panowała niczym niezmącona cisza w końcu odezwała się Ślubna 1850.
- Hej, halo. Urodzona 1845, odezwij się , słyszysz? – przyciszonym głosem przyzywała koleżankę Ślubna 1850 – czemu milczysz, co?
- A co mam mówić, przecież słyszałaś co mówił Tomek, wszystkie słyszeliście. Zrobią z nami digi coś tam, a później zamkną na wieki w kartonowym pudle.
To okropne co chcą z nami zrobić, nic wdzięczności, tyle lat byliśmy im potrzebne, czytali z nas, fotografowali, szarpali, wyrywali karty, rzucali w błoto, ale byliśmy, zawsze jakoś dawaliśmy sobie radę, a teraz co? W pudło i już niepotrzebne uuuuu………. I Urodzona rozpłakała się na dobre, a Śmiertelne za nią, bo im przychodziło to najłatwiej.
- hej, tam, co wy? Co się stało, czemu beczycie – usłyszały nagle glos z najwyższej półki, gdzie leżały księgi dopiero co przywiezione urzędów i z plebani.
- Nie słyszałaś co maja z nami zrobić? – odpowiadała im Ślubna 1850.
- A,aaa,o to chodzi, o digitalizacje, co? – zapytała stwierdzeniem księga z najwyższej półki.
- No, tak, no tak. Ty wiesz coś o tym? Co to ta dig, digi coś tam? – zapytała już nieco uspokojona Urodzona 1845.
- Digitalizacja. To nic innego jak zrobienie na przykład jak widziałaś zdjęcia dokumentu i zapisanie go już w ówoczesnej formie na komputer. Widziałaś komputer? Stał tam na sali, Tomek go włączył i na ekranie oglądał jakieś dokumenty.
- A po co to? Nie można tak jak było, teraz będziemy przez to nie potrzebne.
- Nie bójcie się, nic wam nie grozi, pojedziecie do Bydgoszczy, tam was wezmą na specjalna maszynę zwana skanerem, sfotografują kartka po kartce i gotowe, to nic a nic nie boli. Później was oczyszczą, zakonserwują i do pudła, ale to dla waszego dobra, jesteście już stare i bardzo cenne i dlatego też abyście nie były zniszczone przez ludzi tymi ich ciągłymi poszukiwaniami to archiwiści robią digitalizacje, a wy przez to będziecie jeszcze długo, długo żyły, teraz w zupełnym spokoju. Paniały?
- Teraz tak, rozumiemy, ale szkoda, zawsze coś się działo, wychodziliśmy na spacer, widzieliśmy świat, ludzi. Słyszeliśmy ich radości, śmiechy, nieraz słowa niezadowolenia, a teraz, co?
A może nie będzie tak źle? Przecież ludzie nie są tacy źli, też są wśród nich wspaniali i dobrzy tak jak Tomek, panna Krysia, pan Władysław i wielu, wielu innych genealogów. Może znudzi im się ten komputer, a może się popsuje?
- I wtedy wrócą do nas, a my będziemy na nich tu czekali, w naszym AP.
Powoli zapadał wieczór,nadchodziła noc. Księgi jedna po drugiej zmęczone wrażeniami minionego dnia zapadały w głęboki sen. Tylko jedna z nich Urodzona 1845 nie mogła zasnąć. Tysiące myśli przebiegały przez nią nie pozwalając zasnąć. Spoglądała przez lufcik na skrawek rozgwieżdżonego nieba i na księżyc, który nagle pojawił się w okienku.
Eh.....taki sam jak przed laty tam nad plebanią w Lisewie,nic się nie zmienił. Jeśli on przez tak długi czas wędruje po niebie i nic się z nim nie dzieje, to i może z nami nie będzie tak źle, jeszcze nie raz może go zobaczę. Trzeba tylko mieć nadzieję.
Urodzona zapatrzona w księżyc coraz bardziej czuła się zmęczona, zapadała powoli w błogi sen. Digitali....? co? Digi...Digitalizacja. I zasnęła na dobre.Dobranoc, dobranoc moi archiwiści i genealodzy i do zobaczenia...........

Marian Pniewski
Toruń
27.09.2014r.

ANNAB
Posty: 50
Rejestracja: środa 10 lis 2010, 08:24
Lokalizacja: Bydgoszcz

Re: opowieści dziwnej treści z AP

Post autor: ANNAB » sobota 27 wrz 2014, 15:26

Marianie,
pięknie dziękuję za fantastyczną opowieść. Czytając odniosłam wrażenie, że jestem pośród "bohaterek" Twojej opowieści, ... wyczuwam zapach kurzu i ducha czasów minionych, ale nadal tajemniczych.
pozdrawiam
Anna

ewaduch
Posty: 1991
Rejestracja: czwartek 19 mar 2009, 12:18
Lokalizacja: Toruń / Białystok

Re: opowieści dziwnej treści z AP

Post autor: ewaduch » sobota 27 wrz 2014, 15:34

A ja pomyślałam (pewnie z racji zawodu ;) o walorach dydaktycznych opowiadania. Ciekawa jestem, jak przyjęliby je młodzi ludzie zaczynający przygodę z genealogią.

Brawo za polot i humor!
Pozdrawiam cieplutko,
Ewa Szczodruch

ODPOWIEDZ