wigilijna opowieść

Opisujemy miejsca, miejscowości, które są nam bliskie

Moderator: ewaduch

Marian Pniewski
Posty: 387
Rejestracja: środa 20 kwie 2011, 20:42

wigilijna opowieść

Post autor: Marian Pniewski » wtorek 24 gru 2013, 10:44

Opowieść wigilijna.
Samotność w miasteczku zwanym G-D
Dla tych wszystkich co w ten wieczór wigilijny są samotni, bezdomni, opuszczeni przez los i ludzi. Niech im światełko betlejemskie najbardziej zaświeci.

Bronek otworzył oczy, powoli rozglądnął się dookoła.
Eh, chyba zasnąłem – pomyślał patrząc w półmrok, który coraz bardziej ogarniał duży pokój w którym mieszkał.
Popatrzał na stół, na którym stała pusta butelka po wódce strażackiej, kieliszki, jakieś szklanki, resztki ogórka kiszonego na talerzyku, papierosy i zapałki.
Uhmm, znowu się zalałem i to w takim dniu, chłopaki z roboty poszli już do domów do mamusi, tatusia, żonki, a ja co? Znowu sam. – Poprawił się na drewnianym fotelu pamiętający chyba samego pradziadka – brrrr, zimno jakoś – burknął sam do siebie.
Popatrzał na mały krystek ,który był podłączony do pieca kaflowego stojącego w rogu pokoju - ha, już na pewno zimny, palilim dzisiaj, czy nie? – palilim, jeszcze drewka leżą kolo piecyka.
Wstał i zbliżył się do pieca, pogłaskał kafle i przylgnął plecami do niego tak mocno, jakby chciał zabrać z stygnących już kafli resztki tego ciepła, które miały w sobie.
Czemu te ciepło tak szybko ucieka z tego pieca, wszystko idzie w komin, czy jak? – myślał sobie przy tym rozsuwając małe kręgi piecyka i zaglądając do środka
Eee, jeszcze nie wszystko zgasło, zaraz rozpalim i będzie ciepło – zamruczał pod nosem.
Zapalił światło, gdyż nadciągający zmrok pogłębiał ciemność w pokoju, następnie pogrzebał haczykiem w dogasających drewkach i i wrzucił nową porcje. Podmuchał z całych sił na żarzące się węgielki, aż płomień buchnął na podłożone przed chwilą drewka.
Mimo założonego grubego swetra czuł cały czas chłód pokoju, pomachał szybko rękoma jakby wykonywał craula w wodzie i poczuł w końcu jak ciepło rozchodzi się po jego członkach.
W piecyku też już rozpaliło się na dobre i podsunąwszy sobie blisko piecyka wysłużony mały taborecik usiadł i rozkoszował się ciepłem bijącym od piecyka.
Taki, dzień, Wigilia, a on znowu sobie popił, no ale co miał robić? Chłopaki z roboty przyszli z nim po fajrancie do jego domu, aby oblać święta, kulturalnie w domu, a nie gdzieś nad Drwęcą, albo za bramą.
Widocznie zasnąłem, a oni wtedy poszli, pamiętał jak przez mgłę jak składali sobie życzenia, a potem już nic.
Patrzał jak zaczarowany w szpary piecyka gdzie w środku skakały wesołe ogniki – ech, i co dalej?, co dalej.? Miał już dość tej samotności, chociaż miał dopiero dwadzieścia jeden lat. To już niedługo cztery lata będzie jak zmarła matka, jak to zleciało. Wtedy, gdy jeszcze żyła to był tu gwar, mieszkała siostra z mężem, brat Franek, co prawda pracował aż w dalekim Braniewie, ale co jakiś czas przyjeżdżał.
A jeszcze dawniej? Uuuu, to tu się działo, pamiętał jak miał może z osiem , dziewięć lat, żył jeszcze ojciec, mama jeszcze w miarę zdrowa, chociaż wciąż utyskiwała, że to ją boli, a tamto, ale wtedy i w domu ciepło i podłoga wypastowana, nie można było chodzić w butach, bo siostry zaraz jak te wrony na ciebie z krzykiem.
Ech….. w tym rogu zawsze stała na święta choinka – Bronek spojrzał tęsknym wzrokiem w następny róg pokoju, gdzie stała teraz mała komoda- ech… to na niej ojciec stawiał choinkę, taka prawdziwą z lasu, a jaki zapach wtedy był w pokoju? Jakby cały las do ciebie przyszedł, to już nie wróci.
Na te wspomnienie łzy pojawiły się w oczach Bronka, piekły tak jakoś niemiłosiernie, aż musiał ręką przetrzeć piekące oczy. Eee…może to dym z piecyka?, Nie to nie dym, to wspomnienia.
Cholera, co jest , rozklejam się znowu, wspomnienia wracają, dołożył kilka drewek, zasunął farelki. Ha,ha, ha, zaśmiał się jakoś tak sztucznie przez łzy na wspomnienie jak ojciec musiał zabawić się w strażaka. Kiedy to było???? Zaraz, zaraz, chyba w 1960, albo 61 roku, też to było w Wigilię, ale do południa. Gdy ojciec ubierał choinkę, to mogła z nim być tylko najstarsza córka Krysia. On kikrował przez dziurkę od klucza z drugiego pokoju. Gdy choinka była ubrana ojciec zwoływał wtedy wszystkich domowników, aby się pochwalić, jaka to piękna choineczka. Gdy wszyscy się już zebrali, ojciec wziąwszy zapałki zapalał piękne kręcące się jak małe wiertełka woskowe świeczki zamocowane w specjalnych uchwytach do gałązek. Choinka zawsze była piękna, obłożona anielskim włosem, lecz tym razem trochę przesadził i dał go za dużo. Zapalone świeczki migotały malutkimi płomyczkami , gdy ojciec zaintonował pierwszą kolędę, tak było w zwyczaju ,naraz buchnął duży płomień, zapaliło się to nieszczęsne włosie, choinka momentalnie stanęła w ogniu. Podniósł się wielki rwetes, krzyk, wody, wody, szybko, o Boże moje firany, krzyczała matka, dziewczyny do kuchni, do wiader, a tam tylko troszke na dnie. Ojciec wściekły- kto nie poszedł po wodę, dali matka dawaj koc, śniegu, szybko, śniegu z dworu. Na podwórzu, śnieg, brany gołymi rękoma do wiaderka i dalej gasić. Uffff….no ugasilim.
Marta, kto miał iść po wodę, co? – Ojciec marsowym wzrokiem spoglądał na siostry, na mnie.
Toć ty miałeś iść, mówiłam ci, ale ty swoje – ubiere chojne to pójdę, no zobacz, zobacz, moje firanki, co ja tera założę. Choinka , już nie była choinką, przedstawiała żałosny widok, firanki też zwisały z rurki spod sufitu jak kupka nieszczęścia. Dziewczyny szybko zabrały się do sprzątania, ojciec spaloną choinkę zaniósł do szajerka i rąbał toporkiem aż furkało. To były czasy, druga choinka bardziej skromna znalazła się trochę z opóźnieniem i była kolacja, opłatek i skromne prezenty i trochę mnie tylko bolały kolana, bo dosyć długo klęczałem przed gwiazdorem i musiałem kilka razy powtarzać Ojcze nasz, bo co spojrzałem na ojca to się myliłem, no i ogarniał mnie śmiech na wspomnienie ojca, który miotał się po pokoju gasząc nieszczęsną choinkę. Ech….to była chyba moja najpiękniejsza, mimo choinkowego nieszczęścia Wigilia. Taaakkk………..a potem ojciec umarł, matka chorowała i teraz już będzie niedługo cztery lata jak ją pochowaliśmy. To już nie ten sam pokój, zimny, obcy, bez choinki, zapachu ciasta, wypastowanej na błysk podłogi, brrrrr, która to godzina? Dwadzieścia po szóstej wskazywał mały zegarek stojący na komodzie. Bronek włączył małe tranzystorowe radio, mimo słabych baterii zagrało, śpiewał akurat zespół pieśni i tańca Śląsk.
Po pokoju rozległa się muzyka, śpiew, o, ta sama , którą zaczynał zawsze ojciec rodzinne święta – Bóg się rodzi, moc truchleje, ach jak pięknie. Bronek stał przy piecyku jak oniemiały, znów cos zapiekło pod powiekami, coś ścisnęło gardło. Chwycił leżącą na krześle kurtkę i wybiegł z mieszkania nie zamykając nawet drzwi na klucz, przeszedł szybko ciemny korytarz, potem wąską uliczkę i znalazł się na ulicy.
Bóg się rodzi, Bóg się rodzi i co z tego, a ja co? – mruczał pod nosem zaciskając równocześnie wargi, aby czasem nie zaskowytać jak ten pies sąsiada Ciesiółki uwiązany na podwórku. Łzy spływały mu po policzkach i szczypały lekko skórę tak jakby zamarzając od mrozu panującego w powietrzu.
Po kilku chwilach uspokoił się na tyle, ze ruszył przed siebie w stronę rynku. Idąc tak nawet nie zauważał, że wieczór jest naprawdę zimowy. Podniósł tylko kołnierz kurtki i zapinając się szczelnie guzikami szedł wolnym krokiem przed siebie.
Może stoją jakieś chłopaki? – pomyślał przy tym wycierając twarz rękawem. Prószył drobny śnieg i cały rynek był jak jedno wielkie białe prześcieradło, na rogu ulicy i rynku na żelaznej sztabie bujała się poruszana podmuchami wiatru stara blaszana lampa rzucając blade smugi światła to na kamienicę po lewej stronie, to za chwile na dom stojący po prawej stronie ulicy. Przy tym niemiłosiernie piszczała, czy to skrzeczała ciuryk, ciuryk, aż zęby bolały. Obszedł powolnym krokiem cały rynek, nie ma nikogo, tylko nieliczni przechodnie okutani w płaszcze, kurtki, obwiązani szalem spiesznie przemierzali opustoszały rynek spiesząc się na kolację do rodzinki.
Bronek przemierzając powolnym krokiem rynek spoglądał za chłopakami, spoglądał mimochodem w parterowe okna mieszkańców rynku. Widział cienie postaci na zasłonach okien jak składali sobie życzenia, całowali się , przytulali do siebie, a w jednym z okien przez nie zasłonięte firanki spostrzegł dwóch chłopców jak stali przy choince i cos tam majstrowali – chyba zrywają cukierki z choinki – pomyślał Bronek – a to urwisy, - uśmiechnął się na ten widok, on też tak robił pozostawiając puste papierki, a zjadając zawartość. Dostał nieraz pasem od ojca i chociaż nieraz nie zawinił to i tak było na niego.
Przyspieszył kroku, bo padający śnieg stał się intensywniejszy i walił już grubymi płatkami. Wszedł z powrotem w swoja ulicę – może jeszcze bar Drwęca otwarty, może tam ktoś siedzi?
Otwarty, oo….na szczęście otwarty. Otworzył ciężkie drzwi, które skrzypnęły przeciągle jak ta lampa na rogu i wszedł do ciepłego pomieszczenia.
Dobry wieczór pani Wiśniewska – Bronek otrzepując się z śniegu na czapce i ramionach spoglądał w stronę baru. Za barem stała dosyć korpulentna kobieta z wielkim kokiem na głowie i rumianymi policzkami wysmarowanymi jakimś kremem czy czymś. Ze ścierką w dłoni wycierała regały i ladę barową. Spojrzała się w stronę Bronka i z marsową mina spytała.
A ty tu, czego? Ja zaraz zamykam, cholera jasna nawet w Wigilie nie dają człowiekowi spokoju
No, no ja przechodziłem, widzę otwarte to wszedłem, nimogę.? Duże piwo proszę.
Wisniewska spojrzała na niego jakoś tak podejrzliwie.
Oj Brunek, Brunek, co z ciebie wyrośnie, niedawno byłeś taki szczyl, a tera – duże piwo proszę, hihihi – zaśmiała się piskliwie.
A ty nie na Wigilii? Przecież masz siostry, brata, co nie chcieli cie, czy jak?
Co tam, pani Wiśniewska, po co ja tam? Siostry już mężatki, mają chłopa, dzieciaki, e tam jeszcze ja tam, mówiły żebym przyszedł, ale nie chciałem. Nie lubię świętować – odrzekł Bronek spuszczając nieco głowę i patrząc tępym wzrokiem w blat baru.
Ej ty bidaku, bidaku, pamiętam twoju matkie, dobra kobiecina, oj szkoda ji szkoda i ty pójdziesz na zmarnowanie. Ile ty masz lat Brunek, co? A jakbyś tak znalazł jaku dziewuche, zobacz jakie ładne chodzu, by cie ogarnęła, jeść porządnie dała i dzieciaki byś miał i nie prosiłbyś kogoś o łaskie.
Gdzie ja do żeniaczki, dopiro mam dwadzieścia jeden lat, a tyż która by mnie chciała. – odrzekł Bronek pociągając przy tym łyk ciepłego piwa z cukrem.
Chciała by chciała, tylko to byś musiał odstawić – wskazała ręką na kufel – taki młody a już chla jak stary, nima kto cie przypilnować, jak tak będziesz robił to zmarniejesz chłopaku, ja ci to mówie. O widzisz tam tego Kowala, trochę starszy a już po nim, zobacz, małe piwo wypije i już pijany, przechlany, ja ci to mówie chłopaku. Eee….Kowal, pobudka i do dumu, ale już, słyszysz, bo zamykam – Wiśniewska krzyknęła w stronę drugiej sali, gdzie przy jednym z stolików spał dosyć rosły chłopak. Bronek znal go dobrze, starszy od niego o cztery lata. Był kierowcą samochodu ciężarowego, miał dziewczynę, robił za dwóch aby zarobić na wesele, ale ta go zostawiła. Co on nie wyrabiał, chodził pod jej dom, wyczekiwał na nią , posyłał kwiaty, liściki i nic. W końcu przestał i zajrzał do kieliszka i oto efekt.
Kowal obudził się wreszcie, spojrzał mętnym wzrokiem wokoło, zamamrotał coś pod nosem i ruszył do wyjścia.
Bronek dopił resztę piwa i zbierał się do domu.
Co, już idziesz? , a gdzie tera? Już wszystkie bary zamknięte. - rzekła barmanka.
A ide, przecież już pani zamyka – odparł Bronek.
A może byś mi tu trochę pomógł i byś poszedł na Wigilie do nas, my z chłopem tyż sami, to by było raźni. – zaproponowała Wiśniewska.
Nie, nie , dziękuje bardzo ,ja, ja chyba pójdę jednak do siostry. Naprawdę nich się pani nie fatyguje. Dobranoc i wesołych świąt i męża pozdrowić.
Dobranoc, ech ty , akurat pójdzie do siostry – kręciła niedowierzająco głową Wiśniewska.
Z powrotem znalazł się na ulicy, śnieg już gruba warstwą pokrył ulice, schody prowadzące do posesji, chrupał pod nogami, chrup, chrup, gdzieś z jakiegoś okna było słychać śmiechy, nawoływania, a z innej strony śpiew kolędy. Lekki mróz nie był dokuczliwy, ustały nawet podmuchy wiatru, śnieg też przestał padać i wieczór wigilijny był można rzec wymarzony do świętowania. Tak sobie wyobrażali na pewno Wigilie czy to pisarze piszący jakieś powieści, czy malarze odtwarzający wierny wizerunek świąt Bożego Narodzenia.
Cichutko z dźwiękiem dzwoneczków przemknęły sanie zaprzężone w parę koni z rozbawionym towarzystwem, jakieś dzieciaki wybiegły na sanki i ślizgały się przy pompie stojąca na środku rynku robiąc przy tym sporo hałasu.
Bronkowi nie chciało się jeszcze zbytnio wracać do domu, ruszył bezwiednie przed siebie, przeszedł rynek i idąc jedną z ulic znalazł się nagle przy bramie cmentarza.
A co ja tu robię – skonfudował się, - kiego diabła? Stanął i patrzał na wejściową bramę z niedowierzaniem że tu się znalazł. Poczuł nagle jakby jakaś niewidzialna siła pchała go do przodu zmuszając go do postawienia kroku do przodu. Jednego, drugiego, bramka otworzyła się bezszelestnie popchnięta delikatnie jego ręką. Wszedł na teren cmentarza, nie bał się nic , a nic, w dalszym ciągu czując jakąś napierającą siłę. Brnąc przez śnieg, który uformował się w zaspy nawiane przez wiatr rozglądał się z ciekawością wokół. Pierwszy raz był o tej porze w tym miejscu, pierwszy raz miał okazje ujrzeć niesamowity widok uśpionego w zimową noc cmentarza. Opady śniegu były dość obfite, przykryły wszystkie groby puszystym białym puchem jak pierzynką z gęsiego puchu, tylko krzyże różnego formatu stały jak żołnierze na warcie pilnujący tego, co kryło się pod śniegiem.
Ciszę tego niesamowitego miejsca przecięło krakanie wrony gdzieś nad głową Bronka. Kra, Kra, kra, i nagle czapa śniegu spadła wprost na głowę Bronka.
Eh, ty, - zakrzyknął Bronek zadzierając głowę do góry i wypatrując winowajczyni. W poświacie księżyca ujrzał gołe konary drzew, które rozpościerały swoje gałęzie jak ramiona jakiegoś nieszczęśnika unoszącego ręce w geście niemej rozpaczy, czapy śniegu otulały te gołe ramiona jak strzępy szat upadłego człowieka. Zimny dreszcz przeleciał Bronkowi po plecach i chciał się już cofnąć z powrotem do bramki, ale to coś nie pozwalało, pchało go w przeciwną stronę karząc mu iść dalej. Przeskakując kolejną zaspę dotarł do głównego krzyża, skręcił przy nim w lewa stronę i szedł dalej. Zdawało mu się, ze słyszy czyjś głos – No, Bronku, chodź, nie bój się, Bronku, chodź. Poddając się temu niesamowitemu zjawisku dotarł w końcu na miejsce, a właściwie poczuł, że już nie jest popychany, że coś jakby mu mówiło, że jest już na miejscu.
Stał po kolana w śniegu, nie wiedząc, co dalej czyniąc, rozglądał się dookoła i próbując się zorientować gdzie się znajduje. Powoli, zaczął się domyślać. Zauważył wysoki grobowiec Gościńskich właścicieli majątku Nowa Wieś, bliżej rozpoznał pomnik swojej pierwszej nauczycielki pani Tomaszewskiej, no a tu, tu? Spostrzegł nagle w poświacie księżyca znajomy krzyż a na nim tabliczkę nagrobną teraz oklejoną białym śniegiem. Podszedł bliżej brnąc w śniegu, potknął się raz, drugi, przetarł ręką tablicę zrzucając warstwę śniegu. Zauważył znajomy napis - tu spoczywa w Bogu ukochana nasza matka – Marta………
I znowu już chyba po raz trzeci tego wieczoru poczuł pod powiekami te niesforne pieczenie i nagle łzy jak paciorki różańca zaczęły spływać mu po policzkach. Nie wstydził się ich , pozwalał im płynąć do woli, nie ocierał ich , one zaś skapywały mu na kurtkę i tam zamieniały się w mokre plamki, które ginęły po chwili w strukturze materiału. Gdzieś z głębokości swojego ciała wyrwał mu się cichy głos – mamo, mamo, ja nie chce, ja tak nie chce. Stał tak jakiś czas, stracił poczucie czasu, aż nagle w ciszy tego wieczoru rozległ się dźwięk bicia kościelnego zegara, odmierzał z powagą i dostojeństwem poszczególne bicia – bam bam, bam , ostatnie dwunaste uderzenie jakby obudziło unieruchomionego Bronka, nagle gdzieś tam z wysokości usłyszał niesione echem nad wodą nie zamarzniętej jeszcze Drwęcy śpiew pierwszej ojcowskiej kolędy – Bóg się rodzi, moc truchleje, pan niebiosów obnażony. Tak jakby aniołowie zebrawszy się w chóry anielskie głosiły nadejście pana, nadejście radosnej nowiny, tak i w sercu Bronka zapanowała jakaś dziwna radość, jakiś powiew lekkości i dobrej nowiny.
Nawet nie wiedząc jak znalazł się przy bramie cmentarza, otworzył furtkę, obejrzał się jeszcze raz do tylu spojrzał na krzyż cmentarny i na zwiewną białą postać, która stała obok krzyża, nie wierzył własnym oczom, a postać naprawdę stała z podniesioną jedną ręką w geście pożegnania, czy też pozdrowienia, i usłyszał gdzieś tam w głębi swojej skołatanej duszy miękki i znajomy z przed lat głos – idź synku, nie bój się, będzie dobrze, ja będę przy tobie. Nagle zwiewna biała postać znikła uniesiona gdzieś podmuchem lekkiego wiatru i znowu wszystko było jak dawniej.
Nie, nie, to niemożliwe, to jakiś tuman śniegu uniesiony podmuchem wiatru, zdawało mi się, ech, Bronek, nie pij więcej, masz już zwidy. Ale jednak coś z nim nie tak, coś chyba musiało się wydarzyć, tak jakoś mu lekko, nawet by zagwizdał, nie, nie noc przecież.
Przechodząc koło kościoła usłyszał śpiew kolędy, znowu jakaś niewidzialna siła pchała go w stronę skąd dochodził śpiew. Ojeju, kiedy ja już nie byłem w kościele, no tak, od śmierci mamy, e tam wejdę.
Cichutko jak tylko można otworzył ciężkie drzwi i wsunął się do środka, i mimo, że kościół nie był opalany panowało tam jakieś przemiłe nie do wytłumaczenia ciepło, jakaś atmosfera prawdziwego domu, były choinki, śpiew i zapach kadzideł. Jak w prawdziwym domu z przed lat. Ach jak tu dobrze.


Dziadku, dziadku, a babcia mówiła, abyś poszedł do kuchni i otworzył słoik ogórków, bo nie będzie sałatki. I mówiła, ze slipiasz i slipiasz jeno w ten komputer, co un tam widzi.
Zaraz, zaraz pójdę moja sikorko, zaraz, poczekaj chwileczkę.
A co tam slipiasz dziadku w tym komputerze, powiedz.
Oh, dużo widzę, dużo. A najwięcej twarzy, twarze tych, których skrzywdziłem, oszukałem, zrobiłem im przykrość.
Ty dziadku? Nie to nie prawda, ty jesteś dla mnie dobry.
Naprawdę dziadku. A jak coś zbroiłeś, jak ja, to powiedz PRZEPRASZAM.
Naprawdę? I to pomoże moja ty sikorko?
Naprawdę. A wiesz dziadku, mama mówiła, że jak będę niegrzeczna to mam iść pod choinkę i tam jest pan Jezusek i powiedzieć mu, PRZEPRASZAM, a On się przestanie gniewać. Ty też masz w domu choinkę ,chodź, powiemy Jezuskowi PRZEPRASZAM, bo ja też byłam niegrzeczna.
Dobrze moja ty sikoreczko, dobrze, chodźmy – PRZEPRASZAM WAS MOI KOCHANI ZA WSZYSTKO, CO BYŁO ZŁE z mojej strony. Przepraszam. WESOŁYCH I SPOKOJNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA.

Bronek, przyjdziesz mi wreszcie otworzyć ten słoik z ogórkami? Bo zobaczysz nie będzie na święta sałatki.

Marian Pniewski dn z 22/23 12. 2013r. Toruń.
Załączniki
Wspomnienie Matki.jpg
Ostatnio zmieniony sobota 28 gru 2013, 16:03 przez Marian Pniewski, łącznie zmieniany 2 razy.

Awatar użytkownika
Zatoka
Posty: 268
Rejestracja: środa 25 mar 2009, 23:29
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: Zatoka » wtorek 24 gru 2013, 11:54

Dziękuję Ci Marianie za tę piękną, nostalgiczną opowieść. Od wielu miesięcy Twoje artykuły są dla nas duchową strawą ale dziś.... Objawiłeś się jak pierwsza gwiazdka na niebie.

Z świątecznymi pozdrowieniami i życzeniami.
Janusz Wegner

Genepedia

Poszukuję wszelkich informacji o osobach noszących te nazwisko, szczególnie z zasobów pozametrykalnych.

Jankowski_Kamil

Post autor: Jankowski_Kamil » wtorek 24 gru 2013, 12:33

Wspaniała opowieść :)

Pamiętajmy o dodatkowym nakryciu na wigilijnym stole :)


Pozdrowienia i Wszystkiego najlepszego na te Święta:)

Marian Pniewski
Posty: 387
Rejestracja: środa 20 kwie 2011, 20:42

Post autor: Marian Pniewski » wtorek 24 gru 2013, 13:14

Dziękuję Ci bardzo rozruszniku serca, hahaha. Powodzenia w indeksacjach. a dodatkowe nakrycie zawsze jest, bo jak to tak? musimy kultywować nasze tradycje. Marian P. PS.
Ten rozrusznik to taki żart, to dobrze.

ODPOWIEDZ